Od paru dni
zaczęłam planować wakacje, wyjazd gdzieś gdzie jest morze, plaże i inne widoki
niż te, które znam. Przeglądam oferty, czytam blogi, znowu przeglądam.
Hiszpania, Grecja. I mam mętlik w głowie. I wiem jeszcze mnie niż wiedziałam
zanim pomysł powstał w głowie.
Po
przeglądnięciu miliona ofert, blogów stwierdziłam, że koniecznie chcę polecieć
na grecką wyspę Zakynthos. Po telefonie do przyjaciółki już nie wiem czy ja
serio chcę Grecję.
Oczywiście
ja najchętniej poleciałabym na Cypr, (ale turecki), albo do Turcji. Tylko, że
moje chłopaki marzą o Grecji lub Hiszpanii.
Biuro, czy
samodzielnie? Z wyżywieniem czy bez? Większość moich przyjaciół wyjeżdża na
wczasy w czerwcu, ewentualnie w lipcu. A ja to owszem w tym terminie będę mogła
wyjechać jak szanowny małżonek przestanie uczyć studentów. A obecnie zostaje mi
masakra cenowa, czyli sierpień.
Sądziłam, że
mam niewielkie wymagania, ale teraz mam wrażenie, że oczekuję cudów.
Ze dwa lata
temu też marzyłam o wakacjach, stanęło na tym, że pojechaliśmy z mężem na 3 dni
w Tatry. Tym razem chciałabym zrealizować marzenie. Wracam, więc do męczenia
wyszukiwarki, aż skończy mi się limit na net, co może nastąpić w każdej chwili
(znów zgubiłam hasło i nie mogę sprawdzić ile GB mi zostało do 12 maja).
Majówka
upłynęła mi na goszczeniu przyjaciół Lucjana. Chłopcy jedli i bawili się i znów
jedli, grali i znów jedli i bawili się. Wszystkim wydawało się, że spędzili ze
sobą godzinę jedynie. Co chyba oznacza świetną zabawę?
Zamierzałam
odwiedzić nowe miejsca jedzeniowe Krakowa, ale niestety kumulacja świąt
spowodowała, że 2 maja udało nam się cudem zaparkować pod wielkim sklepem i
oczekując w mega kolejce do kasy nabyć dla Lucjana na zieloną szkołę plecak,
ręcznik i kosmetyki. I trzeba było wracać do domu.
Cóż food
truck z indyjskim oraz drugi z gruzińskim jedzeniem musi poczekać na inny czas.
Spróbowałam jedynie na Wawrzyńca angielskiego specjału fish and chips z mega
cudnym groszkiem z miętą. Właściwie z całości mogłabym zjeść tylko ten groszek
i byłabym w siódmym niebie.