Wygrałam w totka. Wydałam wygraną na lekarza, leki, baloniki
do wyrównywania ciśnienia w uszach. Cały dzień wolny. Czas na naukę, obijanie
się. Dwa kursy do Krakowa, rano do pediatry, popołudniu do laryngologa.
Bańki, leki, bańki, ćwiczenia na wyrównanie ciśnienia w
uszach. Skupienie, kto co kiedy bierze, układanie leków w stosiki: Lu, R. i ja.
Oklepywanie, pilnowanie systematycznego wycierania nosa.
Fascynujące zajęcia.
Nie mam siły nawet obejrzeć dramy.
W poczekalni wypisywałam liczebniki w hindi, od jeden do
sto, potem od sto do jeden. I porządkowe. W międzyczasie dzwoniłam do domu, żeby sprawdzić jak sobie radzi Lu.
Ma taki dorosły głos w telefonie. Tak mi się zdawało, przez sekundę, którą mi poświęcił.
Prasując słuchałam nagrania.
मेरी किस्मत में नहीं लिखा
कि मैं अमीर बनूँगी। It is not written in my fate for me to be well-off.
Sprzątanie,
pranie, prasowanie, okna, ozdoby, zakupy, pieczenie, podłogi, porządki.
Świąteczna krzątanina. Wiosna i Wielkanoc. Czas nowego odrodzenia.
W tym roku
to czas mojego nowego odrodzenia. Będzie kurz, będzie brudno, nie będzie
zakupów z kochanego Targu Pietruszkowego, baranka z oscypka, owczego bundzu,
pomarańczy z Sycylii. Będzie to co będzie. Co uda mi się zrobić jak zwlokę
swoje wymęczone zwłoki z łóżka.
Chwilowo mam
wyrok- leżeć do czwartku plackiem, brać leki. Wysiękowe zapalenie ucha,
zapalenie oskrzeli. No to leżę. Już wiem jak boli ucho i czemu dzieci z bólu
ucha tak płaczą. W niedzielę chciałam gryźć, kopać, wyć. Musiałam powstrzymywać
łzy, bo mi dzieć zaczynał wyć przy okazji. Do momentu kiedy leki nie zaczęły
działać, sądziłam, że zwariuję.
Potem doszła
gorączka i inne objawy, ale…wyciągnęłam z półki książkę zakupioną na targach
książki. Czekała na swój czas. Na czas rekolekcji, czas pochylenia się z troską
nad własnym rozwojem, pochylenia się z troską nad innymi. Spojrzenia na pasję
poprzez Boga. Wyjaśnienie sobie wielu kwestii. Tamara Tokaj „Indie. Głód Boga” to książka o podróży do Indii. Podróży, która zaczęła się dużo wcześniej. Podobnie jak u mnie od „Czasem słońce, czasem deszcz".
Z treści
książki wynika, że ten film trafił do Tamary w ciężkim okresie, podobnie jak u
mnie. Po śmierci Misi wszystko mnie drażniło. Spotkania, filmy, muzyka,
książki. Ten film też obejrzałam pierwszy raz pobieżnie. Ale zapadł gdzieś w
mnie. Zmusił do ponownego obejrzenia i kolejnego. Potem towarzyszył mi w
chwilach lęku, kiedy oczekiwałam na narodziny Lucjana. U Tamary ten film
wywołał pasję do Indii. Chęć poznania. I ta pasja doprowadziła do podróży. Tej,
która mam nadzieję, czeka też na mnie. I której podobnie jak autorka się bała
ja też się boję. Stanąć twarzą w twarz z własnymi wyobrażeniami, zweryfikować
to co wiem i co obejrzałam.
Tamara pisze
przepięknie, szczerze, z pasją, z ogromną wiedzą. Tę wiedzę już znam, czytam od
lat jej bloga, śledzę uważnie każdy wpis. Jest dla mnie jak Guru. Wypisuję
filmy do obejrzenia, książki do przeczytania, miejsca do zobaczenia.
Ta książka
to jednak nie tylko wiedza o Indiach, nie tylko spotkanie z filmami, nie tylko
podróż. Tamara i jej współtowarzysze podróży są osobami głęboko wierzącymi,
wyruszają w podróż modląc się, czytając Słowo Boże i interpretując je w świetle
wydarzeń każdego dnia.
I tu
przyszła mi do głowy pierwsza refleksja. Kilka lat temu spotkałam się z opinią,
że jeśli moją pasją są Indie to rozmijam się z kościołem i Bogiem.
Nigdy nie rozumiałam
takiej postawy i zawsze budziła mój bunt. Zamknęłam się więc w swoim świecie.
Zresztą niewiele osób rozumie moją potrzebę posługiwania się hindi. Ciągle
zadają mi pytanie: „po tym będziesz mieć w końcu pracę?” Dla pracy to ja
skończyłam studia, studia podyplomowe i stos kursów, zapomniałam jedynie, że
pesel jest moim wrogiem. Obecnie sytuacja domowa „zmusza” mnie do pozostania w
domu. Za parę lat, może za rok coś się odmieni, tylko mój pesel nie będzie mi
nadal sprzyjał.
W każdym
razie hindi, a od paru miesięcy koreańskiego uczę się dla siebie. I tylko dla
siebie.
No, ale
meandry moich myśli płyną w różnych kierunkach, jak moja skołowana chorobą
głowa. I odbiegłam od tematu książki Tamary Tokaj.
Dla mnie ta
książka jest niezwykle osobista, wywołała całą lawinę refleksji, zmusiła mnie
do jeszcze większej wytrwałości w nauce. Z pokorą patrzę jak daleka droga
przede mną aby chociaż troszkę zbliżyć się wiedzą do tej, którą posiada Tamara.
Dodam jeszcze,
że książka jest ogromnie starannie wydana (niestety są drobne literówki, ale
gdzie ich teraz nie ma?).
Jak to się zepsuła? Tydzień temu kupiłam nową, nowiusieńką,
nowa generacja.
Godzinę grzebania w segregowanych śmieciach. Przerzuciłam
wór papieru. Jest paragon z Rossmana. Na paczkę waty i dwa opakowania rzeżuchy.
Błysk świadomości. Robiłam porządki w torbie w sobotę,
poszły wszystkie paragony do kosza pod sklepem. Nie ma.
12 w południe. Wsiadam do samochodu. Nie chce odpalić. Co za
kretyn go zostawił na światłach? Ja. Wczoraj po basenie. Wiedziałam, że jak
włożę kluczyk do zamka w drzwiach to otwierają się szyby, nie wiedziałam, że
nie działa dźwięk przypominający o światłach. Odkryłam przy okazji, że nie
działa też dźwięk na niezapięte pasy.
Otwieram maskę. A tam na akumulatorze, leży łeb szczura,
ściślej mówiąc połowa głowy. Gdzie reszta?
Krótka myśl- to on zapalił światła. Ja nie bywam
nierozsądna.
Sąsiadka przywozi dziecko ze szkoły. Smark. Wisi do pasa.
Alergia. Ale każdego dnia może się zmienić w coś więcej. Tylko, który dzień
będzie tym w którym posypie się coś jeszcze.
Mąż w pracy. Wróci jak przystało na muzyka za tydzień.
Luc zostaje w domu. Sam. Nie, z teściową. Teściowa się chyba
bała, że się zarazi. Nie przyszła, zamknęła się u siebie.
- Tak uczyłem się. Cały czas. Zrobiłem wszystko co
kazałaś.
Żyję między przygotowaniem Lu do I spowiedzi, olimpiady z
angielskiego, lekcjami języka polskiego, powtórką z hindi, podróżą do Indii
pana Macieja Wesołowskiego i romansem z kosmitą w kolejnej dramie. Dom zarasta
kurzem, spiżarka wypełnia się butelkami po wodzie źródlanej. Woda pitna z kranu
ma kolor jasno- żółty. Moją przestrzeń życiową usiłuje zawładnąć kosmita. Jak
zwykle.
Wieczorami wspólnie z Lu przeżywamy mrożącą krew w żyłach
historię maga, który chce zawładnąć światem.
Z sukcesów- Lu zdobył pomarańczowy pas w karate, wyróżnienie
na olimpiadzie z matematyki. Kosmita:
Brak wody pitnej w kranie i życie jest urozmaicone. Myśl za
siebie i za pozostałych w domu. Rano bywa to trudne, szczególnie gdy w
normalnych warunkach bywa, że zalewam słoik z kawą wrzątkiem.
Nic to, przecież chcę pojechać do Indii, lecę więc pod
prysznic. Wezmę próbną kąpiel. Co nas nie zabije, to nas wzmocni. Spokojnie
wlezę za ileś tam lat do Gangesu i nic. Wyjdę żywa.
Zresztą opóźnienie w informowaniu i tak spowodowało, że wodę
piliśmy. Dopiero poranny zapach z czajnika mnie zaniepokoił. Napełniłam go więc
źródlaną i polazłam z kubkiem kawy poszukać informacji na FB. Bingo. Znalazłam.
Nie spożywać, tylko do celów sanitarnych.
Znajomi z zatrutej spalinami cywilizacji miejskiej pytają:
co ty masz z tą wodą?
Nie wiem. Nie chcę wiedzieć. Czasem tylko kipiąca złość każe
mi się tego dowiedzieć. Wiem już jednak, że najlepiej rozładować ją oglądając
film telugu, żeby potem pogrążyć się w nirwanie koreańskiej dramy. Z butelką
wody pitnej w dłoni. I oby tylko nie przyszło mi do głowy poszukać w necie co
czyha na mnie w kupnej, butelkowanej wodzie.
A tytuł wpisu powinien brzmieć "paani ki kami"- पानी की कमी.
Szlak, znowu robię sobie powtórkę i właśnie tkwię przy tekście o rolnikach, którym dowożą beczkowozami wodę.Chyba jutro powtórzę sobie tekst o najdroższej choince świata.
Patrzę w kalendarz i z niejakim zdziwieniem stwierdzam, że
luty się kończy. Nie bardzo pamiętam kiedy się zaczął, domyślam się mgliście,
że z końcem zimowego wypoczynku. To oznacza, że wpadłam po uszy w robienie
czegoś za kogoś, czyli edukowanie Młodego, odrabianie prac domowych,
tłumaczenie, tłumaczenie, tłumaczenie…….
Obiecywałam sobie, że koniec z dramami, więc obejrzałam
ciemną nocką film w hindi „Bangistaan”.
Nie wynudziłam się, trochę się pośmiałam, głębsza myśl była też, ale nie sądzę,
że wrócę kiedyś do tego obrazu.
Jednak włączyłam dramę. Tak urodzinowo troszkę i jak zwykle
przepadłam. Obejrzałam „The Greatest Love” – to miała być moja pierwsza drama.
I bardzo się cieszę, że obejrzałam ją dopiero teraz. Mogłam się w pełni cieszyć
z każdej sceny, posiadłam już wiedzę o „inności mentalnej” Koreańczyków i nie
drażniło mnie absolutnie nic. Popłynęłam w fali zachwytu w kolejne męki
niewyspania.
Oczywiście po tej dramie naszło mnie, że absolutnie nic już
nie obejrzę. A potem pomyślałam, że może jednak wrócę do dramy „My Ghostess”,
bo niespecjalnie przepadam za duchami, więc zapewne uda mi się oglądać po
jednym odcinku. Błąd, błąd, błąd. Trzeba było uwierzyć recenzji i punktacji,
która stawia tą dramę dość wysoko. Rzecz dzieje się w restauracyjnej kuchni. Mamy
4 zabawnych kucharzy, mega przystojnego szefa kuchni i właściciela restauracji,
pomoc kuchenną, w którą wchodzi duch dziewicy, szamankę nieco szaloną, mamusię
szefa kuchni dość osobliwą, tajemniczo dobrego sierżanta policji. Wszystko
razem tworzy cudownie wciągającą mieszankę, która prowadzi w stan upojenia,
lepiej niż butelka wina. Jeszcze tylko jeden odcinek. I tak to poszło.
Obiecałam sobie jednak, że mimo dramatycznego uzależnienia
nie przestanę czytać. Dzięki temu skończyłam Lucjanowi czytać Ricka Riordana „Greccy
herosi według Percy’ego Jacksona” oraz Brandona Mulla ‘Wojna cukierkowa”. Do „Cukierkowej wojny” podeszliśmy po raz
drugi. Kiedyś zakończyliśmy na 1 rozdziale. Tym razem Młodzieniec walczył
każdego wieczoru ze snem, żeby tylko dowiedzieć się co dalej. I natychmiast
zakupiliśmy kolejny tom, który właśnie czytamy.
Skończyłam też książkę Monishy Rajesh „W 80 pociągów dookoła
Indii”. Projekt fenomenalny, szkoda, że nic z niego nie wynikło. Autorka jest
tak skupiona na sobie, że właściwie niewiele się dowiedziałam nowego. Nie ma
swady dziennikarskiej, mam wrażenie, że ludzie niewiele ją obchodzą. Wielka
szkoda. Brakowało mi też w książce zdjęć. Niby są dostępne w internecie, ale
właściwie to już sama nie wiem, czy chce je oglądać.
Właśnie zaczęliśmy
wracać do rzeczywistości szkolnej. I już mam objawy paniki. Lu rozwiązuje testy
z angielskiego z poprzednich lat, przygotowując się do tegorocznej olimpiady.
Na 21 pytań właściwie wszystkie ma dobrze, ale są wyjątki wymagające mojej
inwencji twórczej.
Dwa
goryle na obrazku. Jakie podpisy pasują do obrazka? Młody zaznaczył jedynie: „They
have got big arms”. Według klucza powinna być zaznaczona również odpowiedź:
„They’re fat”. Młody protestuje: „widziałaś kiedyś grubego goryla? Zwierzęta
nie jedzą przetworzonej żywności, nie są grube, te goryle są muskularne, ale
nie grube.”
Kolejny
przykład. W których przykładach wszystkie wyrazy są owocami? Młody
zaznacza trzy poprawne wersje według niego. Poprawne według klucza są dwie. Ta
zła odpowiedź Lu zawiera orzechy. „Mamo orzechy przecież są owocami, ujmując
rzecz z punktu widzenia biologii. Skąd mam wiedzieć jaki punkt widzenia ma ten
co układał test? Skąd mam wiedzieć gdzie robi
zakupy i na jakiej półce leżą orzechy?
Te testy
przyprawiają mnie o ból głowy.
Idę oglądać
kolejną dramę. Koreańczycy też umieją komplikować życie. Może się czegoś
nauczę.
Zastanawiam
się czy Lu będzie prokuratorem, dziennikarzem śledczym czy politykiem? Rosną
moje obawy…..