Synku sobota w angielskim pochodzi od nazwy Saturna, tak łatwiej to zapamiętasz i nie pomylisz z niedzielą. Zresztą w wielu językach tak jest....
ale, że co chodzi o przeceny w Saturnie?
kurtyna
Łączna liczba wyświetleń
poniedziałek, 12 września 2016
wtorek, 6 września 2016
nadal wrzesień, a już nowy wpis?
Rozmowy z początkiem roku szkolnego.
-Mamo, na historii mieliśmy zastępstwo. Oglądaliśmy
podręcznik. Ale wiesz, Pan nie pamiętał czego bogiem był Hermes.
- no, ale ty wiedziałeś? Czemu się nie zgłosiłeś?
- No co ty, matka, ja lubię tego nauczyciela najbardziej z
całej szkoły, nie mogłem mu zrobić takiej wiochy.
Kurtyna.
Wizyta u laryngologa.
-mamo ten facet jest czadowy. Uwielbiam jak mnie bada
laryngolog, zagląda mi do uszu, do nosa, do gardła. I chciałbym mieć takie
krzesło do jeżdżenia po całym pokoju. Normalnie gościu jak z gry komputerowej.
Kiedy następna wizyta?
Kurtyna.
Początek roku chwilowo przebiega bez większych problemów.
Wychowawczyni nie spełnia norm urody według Młodego, ale może nadrobi wiedzą?
Matematyk zaskarbił sobie uczucia Młodego, powinno pójść gładko. Wcześniejsze
chodzenie do spania zaowocowało dłuższymi sesjami wspólnego czytania.
Czekam na początek wszelkich zajęć dodatkowych, krystalizują
się powoli godziny.
Jedynie ciemność o zbyt wczesnej porze nie nastraja mnie
optymistycznie. Obsesyjnie kocham lato, gorąco i słońce. I już cierpię.
piątek, 2 września 2016
1 września
Kto ukradł wakacje? Obudziłam się ze snu 1 września, w
gwarnej sali gimnastycznej, gdy zniknął mi z oczu mój mega niezadowolony
syn.
Było bardzo fajnie, chociaż nie tak fajnie jak każdego roku.
Sen zakłócali mi robotnicy,mam absolutną pewność, że złośliwie wykonywali
wszelkie hałaśliwe prace od 6 do 8 rano, bo po tych godzinach było znacznie
ciszej już na placu budowy toczącym się za moimi oknami.
Owa budowa zmusiła mnie też do wydania kolosalnej sumy na
ubranie okien. Jak pomyślę, że za tą kasę mogłam kupić sobie bilet do Seulu to
mnie szlak trafia, bo jak wiadomo podróże kształcą, a zasłony niekoniecznie.
A ja sama czuję się jak Dulska z lambrekinami,
chwostami i marszczeniami.
Przegrałam walkę z molami. Zostałam z dokumentnie posprzątaną
spiżarnią i kuchnią oraz z molami, które nadal towarzyszą nam w każdej
czynności domowej. Młody twierdzi, że nawet w ubikacji nie ma intymności i
samotności.
Plusy tegorocznych wakacji to cudowny obóz Młodego na
Mazurach, z którego wrócił inny, jakiś lepszy, fajniejszy chociaż troszkę nie
mój własny. Jestem szczęśliwa, że mam możliwość wysyłać go na tak świetnie
zorganizowany wypoczynek z cudownymi ludźmi. Oby kasy starczyło na kolejne
wyprawy po dorosłość.
Kolejny plus to wypoczynek u moich rodziców. Uzupełniłam
zapas dram koreańskich o 1GB, przypomniałam sobie jak to rewelacyjnie wypoczywa
się na kajakach i nie musiałam gotować przez 10 dni. To błogosławieństwo było
mi potrzebne, chociaż oczywiście mnie rozleniwiło.
Dramy, dramy, dramy. Wakacje upłynęły pod znakiem dram
medycznych. Uwielbiam dramy medyczne. W sumie obejrzałam 5 tytułów: „Kain i
Abel”, „Doctor Stranger”, „Good doctor”, „Yong-Pal”, „Beautiful mind”. Każda
drama miała cudownego lekarza, z ponad przeciętnymi umiejętnościami, każdy
wyglądał jak milion dolarów i absolutnie spędzałam czas wpatrzona w ekran.
Trochę czytałam, „Delhi” Rana Dasgupty zajęło mi sporo
czasu, bo ciągle wracałam do niektórych części. Pochłonęłam za to kryminał
„Żniwa zła” jednym niemalże tchem i jestem miło zaskoczona, że trzecia część
jest znacznie lepsza od drugiej, która ciut mnie rozczarowała.
Teraz zabieram się za powtórkę książki, którą uznawałam
przez ostatnie lata za moją ulubioną, czyli „Shantaram”. Nie umiem jeszcze
określić, czy kolejne zetknięcie będzie równie emocjonujące.
Z Lucjanem przeczytaliśmy wyjątkowo mało książek. On sam coś
tam czytał, szczerze mówiąc nie wiem dokładnie co. Ja przeczytałam mu trzeci tom „Pięciu
królestw” Brandona Mulla, jak zwykle z wielkim entuzjazmem i radością. Równie
fajną przygodą było obcowanie z nową powieścią Ricka Riordana „Apollo i boskie próby”, ale nie próbujcie
jej czytać bez znajomości pozostałych cykli Riordana dotyczących mitologii
greckiej i rzymskiej, bo polegniecie.
Teraz nie mogę się doczekać tegorocznych targów, koniecznie
muszę uzupełnić biblioteczkę Lucjana i poszukuję czegoś co będzie równie
cudowne jak to co przeczytaliśmy do tej pory.
Ostatnie dwa tygodnie sierpnia Lucjan spędził na potężnym
chorowaniu. Liczę na to, że wyczerpał limit gorączek, katarów na ten rok i kawałek następnego.
Powtórka hindi zaczęła się od dzisiaj. Z wyjątkiem paru
filmów, paru artykułów na FB z BBC HINDI nic nie zrobiłam, nic, wstyd mi. Ale
jakoś tak miałam, że depresyjnie się nastawiłam z powodu planów, które wzięły w
łeb. Miały być słonie, miała być Tajlandia. Obejrzałam ją na zdjęciach
mężowskich.
Przyszła więc taka refleksja- po cholerę. Po co mam się
uczyć, kiedy nigdy…..Nigdy, się nie uda, nic nie umiem, nic nie wiem. Trochę
popadłam w takowy nastrój. Nie poprawiła mi go waga, która się zacięła chyba, i
nie chce pokazać nawet 10dkg mniej. To wszystko razem wzięte daje mi poczucie
straty,zmarnowania czegoś. I jak zwykle, chwilę przed jesienią znów wkraczam w
fazę depresyjną. Pogarsza to rzeczywistość. O 20 ciemność, widzę ciemność, kto
ukradł słońce?
piątek, 1 lipca 2016
O rany już lipiec?!
Spojrzałam na bloga i stwierdziłam, że bardzo dawno mnie tu
nie było. Nadszedł więc czas podsumowań co
takiego robiłam, że czasu na pisanie brakowało.
Koniec roku szkolnego. Mój syn ma to szczęście w
nieszczęściu krajowej edukacji, że jeszcze załapie się na normalną czwartą
klasę, że wyszedł z edukacji początkowej. Edukacja początkowa za sprawą
nauczyciela okazała się totalną porażką. Efekt tej porażki to jego świadectwo.
Ma tam cudne podsumowanie: brzydko i niechlujnie pisze
(spoglądam na zeszyt przygotowujący go do bycia ministrantem- nie jest tak
źle), jest rozkojarzony ( czytamy wieczorem, Młody wierci się, ogląda swoje
stopy, jednocześnie mrucząc pod nosem, pytam więc co właśnie przeczytałam.
Powtarza ostatnie cztery zdania, z zachowaniem interpunkcji. Musze sprawdzać z
książką, bo nie pamiętam co czytałam, rozkojarzona jego stopami. Czyli znaczy,
że nawet jak robi coś innego słyszy i zapamiętuje). Podobnych kwiatków na
świadectwie jest jeszcze trochę.
Wakacje. Cudowny czas, tylko czemu nadal musze gotować? I
obecnie jeszcze myśleć jak zorganizować atrakcje? Bunt!
Spojrzałam do kalendarza. I oniemiałam. 19 dram, 11 filmów
indyjskich, 5 książek przeczytanych Lucjanowi, on przeczytał mi 4 książki,
sobie samemu kolejne 4, ja sama sobie
jedynie 6 książek, brak notatek kinowych. Kiepsko.
Wakacje przeznaczam więc na czytanie, sprzątanie, walkę z
molami, które opanowały dom i oglądają ze mną nawet dramy, latając mi nocą nad
ekranem. No i zamierzam zrobić powtórkę tego czego nauczyłam się w tym roku na
hindi. Solidną, mocną powtórkę.
Spróbuję uporządkować życie. Spróbuję coś zmienić. Uprasza
się o kciuki, żeby nie skończyło się na deklaracjach.
Po kalendarzu widzę, że koreańskie szaleństwo ogarnęło mnie
zupełnie. Udało mi się nawet zarazić moich rodziców i koleżankę.
Nadal preferuję telugowe bijatyki, spokojne klimatyczne
filmy malajalam, nieco osłabł mój zachwyt nad najnowszymi produkcjami w hindi,
bo zmierzają w kierunku kina amerykańskiego,
więc straciły dla mnie swoją atrakcyjność.
A koreańskie dramy mają coś co wciąga, budzi moje wewnętrzne
marzenia, daje relaks, pozwala się oderwać od rzeczywistości. Mój własny
narkotyk. Drugi po książkach, ale jak
widać chwilowo wlazł na miejsce numer 1.
poniedziałek, 18 kwietnia 2016
Przeznaczenie..?..?
Wygrałam w totka. Wydałam wygraną na lekarza, leki, baloniki
do wyrównywania ciśnienia w uszach. Cały dzień wolny. Czas na naukę, obijanie
się. Dwa kursy do Krakowa, rano do pediatry, popołudniu do laryngologa.
Bańki, leki, bańki, ćwiczenia na wyrównanie ciśnienia w
uszach. Skupienie, kto co kiedy bierze, układanie leków w stosiki: Lu, R. i ja.
Oklepywanie, pilnowanie systematycznego wycierania nosa.
Fascynujące zajęcia.
Nie mam siły nawet obejrzeć dramy.
W poczekalni wypisywałam liczebniki w hindi, od jeden do
sto, potem od sto do jeden. I porządkowe. W międzyczasie dzwoniłam do domu, żeby sprawdzić jak sobie radzi Lu.
Ma taki dorosły głos w telefonie. Tak mi się zdawało, przez sekundę, którą mi poświęcił.
Prasując słuchałam nagrania.
मेरी किस्मत में नहीं लिखा
कि मैं अमीर बनूँगी। It is not written in my fate for me to be well-off.
środa, 23 marca 2016
Przedświąteczny czas
Sprzątanie,
pranie, prasowanie, okna, ozdoby, zakupy, pieczenie, podłogi, porządki.
Świąteczna krzątanina. Wiosna i Wielkanoc. Czas nowego odrodzenia.
W tym roku
to czas mojego nowego odrodzenia. Będzie kurz, będzie brudno, nie będzie
zakupów z kochanego Targu Pietruszkowego, baranka z oscypka, owczego bundzu,
pomarańczy z Sycylii. Będzie to co będzie. Co uda mi się zrobić jak zwlokę
swoje wymęczone zwłoki z łóżka.
Chwilowo mam
wyrok- leżeć do czwartku plackiem, brać leki. Wysiękowe zapalenie ucha,
zapalenie oskrzeli. No to leżę. Już wiem jak boli ucho i czemu dzieci z bólu
ucha tak płaczą. W niedzielę chciałam gryźć, kopać, wyć. Musiałam powstrzymywać
łzy, bo mi dzieć zaczynał wyć przy okazji. Do momentu kiedy leki nie zaczęły
działać, sądziłam, że zwariuję.
Potem doszła
gorączka i inne objawy, ale…wyciągnęłam z półki książkę zakupioną na targach
książki. Czekała na swój czas. Na czas rekolekcji, czas pochylenia się z troską
nad własnym rozwojem, pochylenia się z troską nad innymi. Spojrzenia na pasję
poprzez Boga. Wyjaśnienie sobie wielu kwestii.
Tamara Tokaj „Indie. Głód Boga” to książka o podróży do Indii. Podróży, która zaczęła się dużo wcześniej. Podobnie jak u mnie od „Czasem słońce, czasem deszcz".
Z treści
książki wynika, że ten film trafił do Tamary w ciężkim okresie, podobnie jak u
mnie. Po śmierci Misi wszystko mnie drażniło. Spotkania, filmy, muzyka,
książki. Ten film też obejrzałam pierwszy raz pobieżnie. Ale zapadł gdzieś w
mnie. Zmusił do ponownego obejrzenia i kolejnego. Potem towarzyszył mi w
chwilach lęku, kiedy oczekiwałam na narodziny Lucjana. U Tamary ten film
wywołał pasję do Indii. Chęć poznania. I ta pasja doprowadziła do podróży. Tej,
która mam nadzieję, czeka też na mnie. I której podobnie jak autorka się bała
ja też się boję. Stanąć twarzą w twarz z własnymi wyobrażeniami, zweryfikować
to co wiem i co obejrzałam.
Tamara pisze
przepięknie, szczerze, z pasją, z ogromną wiedzą. Tę wiedzę już znam, czytam od
lat jej bloga, śledzę uważnie każdy wpis. Jest dla mnie jak Guru. Wypisuję
filmy do obejrzenia, książki do przeczytania, miejsca do zobaczenia.
Ta książka
to jednak nie tylko wiedza o Indiach, nie tylko spotkanie z filmami, nie tylko
podróż. Tamara i jej współtowarzysze podróży są osobami głęboko wierzącymi,
wyruszają w podróż modląc się, czytając Słowo Boże i interpretując je w świetle
wydarzeń każdego dnia.
I tu
przyszła mi do głowy pierwsza refleksja. Kilka lat temu spotkałam się z opinią,
że jeśli moją pasją są Indie to rozmijam się z kościołem i Bogiem.
Nigdy nie rozumiałam
takiej postawy i zawsze budziła mój bunt. Zamknęłam się więc w swoim świecie.
Zresztą niewiele osób rozumie moją potrzebę posługiwania się hindi. Ciągle
zadają mi pytanie: „po tym będziesz mieć w końcu pracę?” Dla pracy to ja
skończyłam studia, studia podyplomowe i stos kursów, zapomniałam jedynie, że
pesel jest moim wrogiem. Obecnie sytuacja domowa „zmusza” mnie do pozostania w
domu. Za parę lat, może za rok coś się odmieni, tylko mój pesel nie będzie mi
nadal sprzyjał.
W każdym
razie hindi, a od paru miesięcy koreańskiego uczę się dla siebie. I tylko dla
siebie.
No, ale
meandry moich myśli płyną w różnych kierunkach, jak moja skołowana chorobą
głowa. I odbiegłam od tematu książki Tamary Tokaj.
Dla mnie ta
książka jest niezwykle osobista, wywołała całą lawinę refleksji, zmusiła mnie
do jeszcze większej wytrwałości w nauce. Z pokorą patrzę jak daleka droga
przede mną aby chociaż troszkę zbliżyć się wiedzą do tej, którą posiada Tamara.
Dodam jeszcze,
że książka jest ogromnie starannie wydana (niestety są drobne literówki, ale
gdzie ich teraz nie ma?).
Wracam do
leżenia i czytania. I zachwycania się.
wtorek, 8 marca 2016
8 marca
- Mamo zepsuła się szczoteczka do zębów
Jak to się zepsuła? Tydzień temu kupiłam nową, nowiusieńką,
nowa generacja.
Godzinę grzebania w segregowanych śmieciach. Przerzuciłam
wór papieru. Jest paragon z Rossmana. Na paczkę waty i dwa opakowania rzeżuchy.
Błysk świadomości. Robiłam porządki w torbie w sobotę,
poszły wszystkie paragony do kosza pod sklepem. Nie ma.
12 w południe. Wsiadam do samochodu. Nie chce odpalić. Co za
kretyn go zostawił na światłach? Ja. Wczoraj po basenie. Wiedziałam, że jak
włożę kluczyk do zamka w drzwiach to otwierają się szyby, nie wiedziałam, że
nie działa dźwięk przypominający o światłach. Odkryłam przy okazji, że nie
działa też dźwięk na niezapięte pasy.
Otwieram maskę. A tam na akumulatorze, leży łeb szczura,
ściślej mówiąc połowa głowy. Gdzie reszta?
Krótka myśl- to on zapalił światła. Ja nie bywam
nierozsądna.
Sąsiadka przywozi dziecko ze szkoły. Smark. Wisi do pasa.
Alergia. Ale każdego dnia może się zmienić w coś więcej. Tylko, który dzień
będzie tym w którym posypie się coś jeszcze.
Mąż w pracy. Wróci jak przystało na muzyka za tydzień.
Luc zostaje w domu. Sam. Nie, z teściową. Teściowa się chyba
bała, że się zarazi. Nie przyszła, zamknęła się u siebie.
- Tak uczyłem się. Cały czas. Zrobiłem wszystko co
kazałaś.
To się okaże jutro.
Wszystkiego najlepszego z okazji dnia kobiet.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
