Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 21 lutego 2016

luty?!

Patrzę w kalendarz i z niejakim zdziwieniem stwierdzam, że luty się kończy. Nie bardzo pamiętam kiedy się zaczął, domyślam się mgliście, że z końcem zimowego wypoczynku. To oznacza, że wpadłam po uszy w robienie czegoś za kogoś, czyli edukowanie Młodego, odrabianie prac domowych, tłumaczenie, tłumaczenie, tłumaczenie…….
Obiecywałam sobie, że koniec z dramami, więc obejrzałam ciemną nocką  film w hindi „Bangistaan”. Nie wynudziłam się, trochę się pośmiałam, głębsza myśl była też, ale nie sądzę, że wrócę kiedyś do tego obrazu.
Jednak włączyłam dramę. Tak urodzinowo troszkę i jak zwykle przepadłam. Obejrzałam „The Greatest Love” – to miała być moja pierwsza drama. I bardzo się cieszę, że obejrzałam ją dopiero teraz. Mogłam się w pełni cieszyć z każdej sceny, posiadłam już wiedzę o „inności mentalnej” Koreańczyków i nie drażniło mnie absolutnie nic. Popłynęłam w fali zachwytu w kolejne męki niewyspania.
Oczywiście po tej dramie naszło mnie, że absolutnie nic już nie obejrzę. A potem pomyślałam, że może jednak wrócę do dramy „My Ghostess”, bo niespecjalnie przepadam za duchami, więc zapewne uda mi się oglądać po jednym odcinku. Błąd, błąd, błąd. Trzeba było uwierzyć recenzji i punktacji, która stawia tą dramę dość wysoko. Rzecz dzieje się w restauracyjnej kuchni. Mamy 4 zabawnych kucharzy, mega przystojnego szefa kuchni i właściciela restauracji, pomoc kuchenną, w którą wchodzi duch dziewicy, szamankę nieco szaloną, mamusię szefa kuchni dość osobliwą, tajemniczo dobrego sierżanta policji. Wszystko razem tworzy cudownie wciągającą mieszankę, która prowadzi w stan upojenia, lepiej niż butelka wina. Jeszcze tylko jeden odcinek. I tak to poszło.
Obiecałam sobie jednak, że mimo dramatycznego uzależnienia nie przestanę czytać. Dzięki temu skończyłam Lucjanowi czytać Ricka Riordana „Greccy herosi według Percy’ego Jacksona” oraz Brandona Mulla ‘Wojna cukierkowa”.  Do „Cukierkowej wojny” podeszliśmy po raz drugi. Kiedyś zakończyliśmy na 1 rozdziale. Tym razem Młodzieniec walczył każdego wieczoru ze snem, żeby tylko dowiedzieć się co dalej. I natychmiast zakupiliśmy kolejny tom, który właśnie czytamy.
Skończyłam też książkę Monishy Rajesh „W 80 pociągów dookoła Indii”. Projekt fenomenalny, szkoda, że nic z niego nie wynikło. Autorka jest tak skupiona na sobie, że właściwie niewiele się dowiedziałam nowego. Nie ma swady dziennikarskiej, mam wrażenie, że ludzie niewiele ją obchodzą. Wielka szkoda. Brakowało mi też w książce zdjęć. Niby są dostępne w internecie, ale właściwie to już sama nie wiem, czy chce je oglądać.


piątek, 29 stycznia 2016

testy z angielskiego

Właśnie zaczęliśmy wracać do rzeczywistości szkolnej. I już mam objawy paniki. Lu rozwiązuje testy z angielskiego z poprzednich lat, przygotowując się do tegorocznej olimpiady. Na 21 pytań właściwie wszystkie ma dobrze, ale są wyjątki wymagające mojej inwencji twórczej.
Dwa goryle na obrazku. Jakie podpisy pasują do obrazka? Młody zaznaczył jedynie: „They have got big arms”. Według klucza powinna być zaznaczona również odpowiedź: „They’re fat”. Młody protestuje: „widziałaś kiedyś grubego goryla? Zwierzęta nie jedzą przetworzonej żywności, nie są grube, te goryle są muskularne, ale nie grube.”
Kolejny przykład. W których przykładach wszystkie wyrazy są owocami? Młody zaznacza trzy poprawne wersje według niego. Poprawne według klucza są dwie. Ta zła odpowiedź Lu zawiera orzechy. „Mamo orzechy przecież są owocami, ujmując rzecz z punktu widzenia biologii. Skąd mam wiedzieć jaki punkt widzenia ma ten co układał test? Skąd mam wiedzieć gdzie robi  zakupy i na jakiej półce leżą orzechy?
Te testy przyprawiają mnie o ból głowy.
Idę oglądać kolejną dramę. Koreańczycy też umieją komplikować życie. Może się czegoś nauczę.

Zastanawiam się czy Lu będzie prokuratorem, dziennikarzem śledczym czy politykiem? Rosną moje obawy…..

wtorek, 26 stycznia 2016

Podsumowanie ferii

Jeszcze nie koniec ferii, ale dotychczasowy tydzień można uznać za mega udany. Mój upór, żeby Lu pojechał na obóz sportowy był absolutnie strzałem w dziesiątkę. Młody wrócił z nogami obitymi jak późne jabłka, ale szczęśliwy, pełen wiary w siebie, doceniony, z nową umiejętnością jazdy na nartach. Z pokonanym strachem do nowych rzeczy.
Brakowało mu na obozie jedynie…przytulanki i książki.
Oczywiście nie wszystko poszło po mojej myśli, ale co tam. Leki brał jak sobie przypomniał, zęby umył raz, krem na mróz użył do posmarowania odcisku na stopie, pomadki na mróz nie otworzył nawet jeden raz. Z 8 par majtek przywiózł 5 par czystych, bieliznę termoizolacyjną nosił cały czas tą samą, skarpety zmieniał co 3 dni. Właściwie mogłam go spakować do plecaka podręcznego. A i przywiózł kanapki, które mu zrobiłam na drogę do Krynicy. Na szczęście chleb na zakwasie nie pleśnieje, więc nie założył hodowli mikroorganizmów w pojemniku na żywność.
Na wszystko miał jedną odpowiedź: „przecież przeżyłem?!”
Ważne jednak to, że chce jeździć, jest otwarty na nowości.
A ja oczywiście martwiąc się i tęskniąc zrobiłam połowę tego co chciałam, na koniec jego pobytu fundując sobie oglądanie dramy, która mnie tak wciągnęła, że 18 godzinnych odcinków wciągnęłam w trzy dni. Uważam „I hear your voice” za najlepszą dramę jaką do tej pory obejrzałam. Mam odrobinę wyrzutów sumienia, że nieco zdradziłam indyjski przemysł filmowy, ale nie umiem się opierać skutecznie urokowi koreańskich produkcji. Pocieszam się faktem, że od 10lat nie oglądam telewizji, nie czytam gazet, nie słucham radia. Mam więc chyba prawo do odrobiny ogłupienia, radości i szczęścia życia jakimś serialem?
Zaczynam się czuć w świecie koreańskich aktorów jak w domu, pamiętam twarze, kojarzę w czym grali, powoli odróżniam formy w jakich się do siebie zwracają, mam ulubione słowa koreańskie.
A teraz czas wrócić do rzeczywistości. U Lucjana buszują koledzy, poziom hałasu w domu osiąga dla mnie próg „zaraz wybuchnę”. Nie jestem w stanie wysłuchać nawet w słuchawkach informacji w hindi, bo nadal słyszę głównie dzieci.
Pocieszam się, że za parę dni wróci szkoła. Byle do wiosny.



środa, 20 stycznia 2016

Zimowe ferie

Miesza się w moim ja matka-kwoka z matką, która posiada siedem dni wolności (no prawie wolności, bo mam jeszcze obowiązki wykarmienia teściowej).
Dziecko na pierwszym w życiu obozie zimowym. Oczywiście wybrałam obóz absolutnie sprzeczny z ideologią spoczywania na kanapie z laptopem na kolanach, grania, oglądania czy czytania. 7 godzin dziennie na nartach, zero sprzętu elektronicznego, wydają im telefony na tak krótko, że właściwie mają jedynie czas na telefon do mamy i podłączenie go do ładowarki.
Miałam obawy, toczyła się we mnie walka, wyrzucałam sobie, że nie spakowałam mu dodatkowych dwóch swetrów, kurtki, jeszcze jednych butów zimowych, zapasu jedzenia.
„Mamo jest super na tych nartach, nie mogę uwierzyć, że jest tak super” i wszystkie lęki matczyne prysły. Mój upór, żeby to był właśnie ten obóz, z tymi instruktorami, okazał się strzałem w dziesiątkę.
Jedyny błąd jaki popełniłam to zakup gogli za jedyne 199 złotych, profesjonalnych, super-duper, które pękły na łączeniu guma-okulary pierwszego dnia na stoku. W każdym razie poziom mojego wkurzu osiągnął szczyt i mój mąż mnie owszem zawiezie do sklepu po obozie celem reklamacji, ale powiedział, że poczeka w samochodzie.
Następnym razem kupię mu gogle z biedry. I od dzisiaj bojkotuję wszelkie firmowe sklepy. Niech zdechną z głodu!
No dobra, trochę mi ulżyło. Napisałam tu, objechałam wytwórcę na FB (zapewne już mi zablokowali konto), jeszcze ich opluję w realu i będzie w porządku.
Resetuję się.
 Miałam porządkować książki, prasować, sprzątać. Wyprasowałam wszystko owszem, odkurzyłam i uporządkowałam tak zwany rynek. W piątek szaleństwo umycia podłóg w całym domu, książek nie układam, bo przecież szafek nie rozciągnę i tak muszą leżeć jak leżą, Indie musiały ustąpić miejsca i tłoczą się dwiema warstwami na półkach z Koreą, Afganistanem i Pakistanem. Między nimi trafi się jakiś egzemplarz rodem z Anglii, Ameryki ewentualnie mroźniej Norwegii, a wszystko przetykane polską poezją.
A ja czytam, uczę się, oglądam. Na szczęście mam ferie inaczej niż syn, dzięki temu mam szansę nadrobić braki, uzupełnić notatki. A jak on wróci do szkoły, ja spokojnie będę odpoczywać od lekcji.
Porządkuję swoją głowę jednym słowem. I folder „ulubione” w laptopie, bo już przestałam go ogarniać. Odkryłam nowe blogi książkowe, nowe księgarnie internetowe, lekcje koreańskiego na jakimś indyjskim portalu. Czyli jest bardzo super.


niedziela, 27 grudnia 2015

Podsumowanie czytelnicze 2015

Zbliża się koniec roku. Czas na podsumowanie czytelnicze. Udało się nam przeczytać 52 książki, nie udało mi się samej tej liczby osiągnąć. To znaczy 52 książki musiałam policzyć wraz z tymi, które czytam każdego wieczoru Lucjanowi. Niestety okazuje się, że nie umiem wygospodarować sobie czasu na własne przyjemności. Chociaż nie mogę powiedzieć, żeby czas wspólnego czytania był przykrym obowiązkiem. Jest czasem naszym, świętym i absolutnie dobrze wykorzystanym czasem. I zarówno Lucjan jak i ja bardzo sobie cenimy ten rytuał wieczorny.
Nie będę wracała do omawiania każdej książki. Wspomnę tylko co nam się podobało.
Zupełnym hitem pozostaje dla nas lektura Ricka Riordana. To nasz ulubiony pisarz, jego poczucie humoru, sposób narracji, akcja trzymająca w napięciu i przy okazji duża porcja wiedzy, którą chętnie rozwijamy sięgając po inne źródła zaraz po lekturze, czynią jego książki wyjątkowymi pozycjami w naszej biblioteczce.
Zakończyliśmy właśnie pierwszy tom najnowszej serii, czyli „Magnus Chase i Bogowie Asgardu”, martwimy się tylko, ile przyjdzie nam czekać na kolejne tomy.
Drugim ulubionym pisarzem pozostaje Brandon Mull. Jego dwie książki kolejnej serii „Pięć królestw” zrobiły na nas ogromne wrażenie, fajnie się to czyta, chociaż jeszcze nie umiemy powiedzieć czy będą lepsze od „Baśnioboru”. Niestety „Wojnę cukierkową” i „Pozaświatowców” odłożyliśmy na półkę po paru pierwszych stronach. Może był to zły czas, damy im kiedyś szansę.
Zaczęłam zapoznawać Luca z jednym z moich ulubionych pisarzy, Isaac’iem Bashevis’em Singer’em i było to udane spotkanie, chociaż nie było proste i wymagało sporo rozmów. 
U mnie nadal pozycją numer jeden są książki Tiziano Terzaniego i Moshida Hamida.
Skończyliśmy też nasze pierwsze książki koreańskiego pisarza Jin-kyung Kim’a „Szkołę kotów”. Lucjanowi się bardzo podobały dwa pierwsze tomy, na kolejne czeka. Ja mam wątpliwości. Nie znam koreańskiego więc trudno mi wypowiadać się na temat doskonałości tłumaczenia, ale nie podoba mi się. Nie wiem jak bardzo bogaty językowo jest oryginał, ale  polski przekład jest niedoskonały, trudno się to czyta, rażą powtórki, brak finezji, sama nie wiem.
Nie umiem niestety wytypować książki roku. Nadal bezwzględnymi numerami jeden dla mnie pozostają: „Cesarz wszech chorób” Mukherjee Siddhartha i „Nic nie zdarza się przypadkiem” Tiziano Terzani’ego, które towarzyszyły mi cały rok, czytane na wyrywki już, ale pozostały najważniejsze.
Odkryłam dramy koreańskie, cudowne oderwanie od rzeczywistości, jedynie trochę uciążliwe, bo pożerają czas.
Na 2016 czekają nowe książki, nie wiem jeszcze w jakiej kolejności je będę czytała, liczę na to, że uda mi się wreszcie skatalogować moje zasoby i ułożyć jakąś chronologię. Sądzę, że uda mi się wytrwać z tym co czeka na półce do połowy roku.


środa, 23 grudnia 2015

Życzenia Świąteczne

Dla Wszystkich którzy tu jeszcze zaglądają życzenia świąteczne!
Aby ten czas był czasem wypoczynku, zadumy, chwili dla bliskich i chwili dla wewnętrznego ja. Czytajcie, oglądajcie, kolorujcie relaksujące kolorowanki, wyjdźcie na łyżwy, ale nie złamcie nogi, idźcie na wiosenny spacer, chyba, że ktoś ma szczęście i białe Święta, to wyjdźcie na narty, sanki, lepcie bałwana!
Cieszcie się i nie objadajcie w nadmiarze! Niechaj karpie, makowce, barszcze, uszka i kapusta z grzybami rozwiną nam szare komórki, a nie dodają kilogramów! Dobrej zabawy dla każdego, od małego po najstarszego w rodzinie!
Pamiętajcie o tym, że to rok miłosierdzia, więc wybaczmy sobie i tym, których nie lubimy też wybaczmy. I z czystym sercem czekajmy na narodziny Jezusa!

Uporządkujmy serca, bo kto nie zdążył jak ja uporządkować domu to już i tak nie zdąży! Ale mam radę- kolor czerwony łagodnie przykrywa bałagan! 

wtorek, 22 grudnia 2015

w rozgardiaszu przygotowań

Mój niedoczas zwiększa się niestety w newralgicznych porach. A takie są święta. Aby tradycji stało się zadość należy: posprzątać, ugotować sto dań, upiec coś, kupić prezenty, oblecieć milion sklepów. Od zeszłego roku mam też nową świecką tradycję, sprawdzian tuż przed świętami. Co powoduje, że ani nic nie umiem, ani nie mam posprzątanej chaty, ani ogólnie nic nie wiem.
Aby się nie stresować więcej niż to konieczne, czytam Lucjanowi książkę wieczorami. I świetnie się bawię, bo czytamy „Miecz lata” Ricka Riordana, kolejna mitologia, tym razem nordycka. Dla mnie zupełna nowość, okazuje się, że dla Młodego nie, bo on zna.
A tak zupełnie błądząc myślami między książkami a jedzeniem podzielę się moim zakręceniem.
Mogę oglądać programy kulinarne, przeglądać książki kucharskie i ani nie robię się głodna, ani nie pałam chęcią wypróbowania przepisów. Jednak niech no przypadkiem natknę się na jakieś danie w powieści, albo fabularnym filmie, łazi to danie za mną tak długo, aż nie skonsumuję, zrobię oraz dowiem się miliona informacji na temat danej potrawy.
Tak miałam ze słynną upmą albo  uppumą albo uppittu z filmu z Maheshem. On jadł i ja musiałam. Teraz chodzi za mną ulubione danie Magnusa z „Miecza lata” falafel. Mąż mnie pyta co chcę zjeść, odpowiadam falafel, ja pytam, czy nie jadł na służbowej kolacji przypadkiem falafelu. No i mamy porobione, bo chyba na jedno z wigilijnych lub świątecznych dań zrobię ten falafel.
Ot wpływy literatury i sztuki filmowej na kulinarne doświadczenia.
O miałam długo pisać, tymczasem mój nauczyciel hindi wstawił na fejsa filmik ze swoimi nowo narodzonymi córeczkami i gapię się na to już ze 20 minut. Żeby nie było ucząc się słówek, ale już na lekko zwolnionym tempie, bo okazuje się, że świąteczne przygotowania zmogły moją grupę tak, że zostałam samotna na polu językowej bitwy. Co oznacza sprawdzian w 2016, czyli mniej obejrzanych dram w 2015. A jakąś zaczęłam parę tygodni temu i na 1 odcinku poprzestałam, nie, wcale nie dlatego, że nudna. Raczej z obawy, że znów będę chodziła mało przytomna.
Jak ludzie to robią, że mają czas, pełną lodówkę pysznych rzeczy i lśniące mieszkania?

Z tym pytaniem nie radzę sobie od jakiś 25 lat.