Widok z balkonu.
Łączna liczba wyświetleń
poniedziałek, 17 sierpnia 2015
wakacje, wakacje i po wakacjach
Wróciliśmy z Santa Susanna czyli jak to określił Lu z "Szantażowanej Zuzanny". Po przylocie przywitały na palmy, słoneczna Barcelona i całkiem sympatyczny rezydent biura podróży. A następnie na miejscu bryza od morza, lekki deszczyk i wspaniały widok z balkonu hotelowego.
Wymarzony basen Lucjana.
Okazuje się, że ośmiornice są jadalne dla wybrednego Luca.
Sieć sklepów z sympatycznym byczkiem.Parasol okazał się potrzebny.
Machamy tym którzy bali się kąpać w deszczu.
A to plaża w prześlicznym miasteczku Tossa De Mar
Kolor morza obłędny.
Słodycze wyglądają apetycznie, ale szkoda kasy, w smaku są obrzydliwie słodkie.
Warzywa na targu 'Mercat de la Boqueria.
Owoce kuszą....
Soki kuszą jeszcze bardziej....
A może owoce morza?
Znów słodycze.....
Na Camp Nou koniecznie trzeba zaopatrzyć się w medal z ulubionym piłkarzem.
Wymarzony basen Lucjana.
Okazuje się, że ośmiornice są jadalne dla wybrednego Luca.
Sieć sklepów z sympatycznym byczkiem.Parasol okazał się potrzebny.
Machamy tym którzy bali się kąpać w deszczu.
A to plaża w prześlicznym miasteczku Tossa De Mar
Kolor morza obłędny.
Słodycze wyglądają apetycznie, ale szkoda kasy, w smaku są obrzydliwie słodkie.
Warzywa na targu 'Mercat de la Boqueria.
Owoce kuszą....
Soki kuszą jeszcze bardziej....
A może owoce morza?
Znów słodycze.....
Na Camp Nou koniecznie trzeba zaopatrzyć się w medal z ulubionym piłkarzem.
czwartek, 6 sierpnia 2015
zbliża się wyjazd
Pierwszy raz w życiu mam pomalowane paznokcie u nóg. Pierwszy raz w życiu kupiłam klapki. Pierwszy raz w życiu jadę do Hiszpanii!
WAKACJE!
WAKACJE!
poniedziałek, 27 lipca 2015
tytułem usprawiedliwienia?
Moje
blogowanie jak widać po ilości wpisów jest marne. Nie jestem typem
długodystansowca. Dodatkowo nie piszę jak wydaje mi się, że nie mam nic do
powiedzenia, a od dłuższego czasu właśnie chyba tak jest. Nie umiem lać wody,
kocham konkrety, ale przecież nie mogę tworzyć jednozdaniowych wpisów.
Miałam
potrzebę pisania po śmierci Miśki, ale mam wrażenie, że już wszystko
powiedziałam.
Miśka już po
odejściu nakierowała moje zainteresowania, tak właśnie myślę, jestem absolutnie
przekonana, że to jej ręka w tym, że indyjskie kino, a potem literatura, kultura
i w końcu język zajęły w mojej głowie większość miejsca. Zamiast przerabiać po
raz setny historię choroby, analizować, co mogłam a czego nie mogłam zrobić,
żeby żyła zaczęłam szukać, badać, czytać, oglądać.
Pomogło mi
to bez wyrzutów sumienia żyć, funkcjonować, myć zęby bez poczucia winy.
Przez wiele
miesięcy po jej odejściu budziłam się z poczuciem winy, osamotnienia, rozpaczy,
beznadziei. Miśka wiedziała jak temu zaradzić. Wiedziała, że oderwanie od tego,
co było, pasja, pozwolą mi kontynuować pomoc innym rodzicom w podobnej do mojej
sytuacji, ale jednocześnie wyciągną mnie z ciemności żałoby.
Obecnie moje
życie wewnętrzne, moje myśli, jeśli nie są wypełnione codziennością, mniej lub
bardziej fascynującą (raczej mniej niż więcej fascynującą), to płyną w
absolutnie fenomenalne rejony azjatyckiej kultury.
Nie czuję
się jednak ani specjalistą, ani znawcą tematu na tyle, żeby o tym pisać. Jest
cała kopa blogów z recenzjami filmów, książek, pisanych przez ludzi o wielkiej
wiedzy, znających dogłębnie temat. O czym więc mogłabym pisać?
To tak
tytułem wstępu, czemu mnie tu nie ma regularnie.
Ponieważ
jednak informowałam ostatnio, co czytam lub oglądam zdam też teraz krótką
wakacyjną relację.
Z czytaniem
jest kiepsko. W maju jeszcze pochłonęłam kolejny kryminał Roberta Galbraiht’a „Jedwabnik”,
jak zwykle przepadając na dobę prawie, bo to dobrze napisana książka, więc
trudno się oderwać.
Kolejna
książka Nadeema Aslama „Bezowocne czuwanie” zajęła mi wiele dni i wszystkie
myśli. Spotkałam w sieci zachwyty nad nią i słowa ostrej krytyki, że nic się
nie dzieje, że jest przegadana. Mnie fascynowała, porwała i zachwyciła. Jej
poetyckość, a jednocześnie trudny temat stanowią czytelnicze wyzwanie.
Potem
porzuciłam kolejną powieść, „Powrót z Indii”. Próbowałam dzielnie przez ponad
100 stron się przekonać, że warto, że należy czytać. Ale odpuściłam, życie jest
zbyt krótkie, a na półkach czekają inne książki.
Z Lucjanem
czytam Marka Twaina, ponieważ okazało się, że to strzał w dziesiątkę. Podoba mu
się bardzo, ale trzeba wiele wyjaśniać, wielu spraw nie rozumie, więc to nie
byłby dobry pomysł na samodzielną lekturę.
Wspólnie też
zaczęliśmy oglądać……koreańskie dramy. Którejś nocy nie mógł zasnąć, zapytał czy
może pooglądać przez moje ramię to, co ja tam właśnie sobie chcę obejrzeć.
Planowałam indyjski film, ale stwierdziłam, że może szybciej zaśnie na serialu.
Nie spodziewałam się też, że nadąży czytać napisy. Tymczasem Młodzieniec nie
dość, że nie zasnął, to zafascynowany postanowił obejrzeć wszystkie 20
odcinków. Ubaw po pachy, bo też trzeba było wiele tłumaczyć. W dodatku trudność
z zapamiętaniem imion bohaterów stwarzał wielkie wyzwania, bo trzeba było się
mocno nagłowić, żeby mamie wytłumaczyć, o którego bohatera chodzi.
A oglądamy
(tak, po raz drugi, wciągając babcię Izę i opornego tatę): GENTLEMAN’S DIGNITY-
komedię romantyczną. Głównymi bohaterami są czterej panowie po czterdziestce,
dwóch singli, jeden żonaty i jeden wdowiec. Czterech przyjaciół i ich perypetie
miłosne. Nasz ulubieniec Kim Do Jin (gra go Jang Dong-gun) stwarzał najwięcej
problemów natury psychologicznej, które musiałam mojemu ośmiolatkowi wyjaśnić.
Może i nie jest to film dla dzieci, chociaż: („koreańska telewizja nie może
pokazywać wszystkiego, co jej się zamarzy, gdyż na ręce nieustannie patrzy jej
Koreańska Komisja do Spraw Standardów Komunikacji oraz Ministerstwa do Spraw
Równouprawnienia i Rodziny” cytuję z bloga http://skosneoczy.blogspot.com/ ),
ale uważam, że to lepszy wybór niż to co nadają wszelkie nasze kanały
telewizyjne dla dzieci. W końcu ja w jego wieku oglądałam i „Janosika” i „Czterech
pancernych i psa”, a potem „Czterdziestolatka”, więc czemu nie?
Oczywiście
jak to ze mną bywa, natychmiast zapragnęłam wiedzieć o Korei coś jeszcze. A od
czego zacząć jak nie od języka i pisma. Dzięki temu dowiedziałam się, że
hangul- czyli koreański sylabariusz stworzył król Sejong aby pismo było dostępne dla
każdego. Wcześniej do 1446 roku wykorzystywano w Korei pismo chińskie.
Sylabariusz koreański jest uważany za jeden z najbardziej naukowych systemów
pisma na świecie. Składa się z 10 samogłosek i 14 spółgłosek, które w połączeniu
tworzą różne sylaby. Podobno mądry człowiek potrzebuje dnia, a głupek 10 dni,
aby poznać to pismo. Nie podejmę wyzwania chyba. Po co się kompromitować?
Jednak
koreańskie dramy zamierzam oglądać. Nie ukrywam, że wpadłam jak śliwka w
kompot. Zachwyciłam się.
Mała próbka
z you tube dla chętnych. Ostrzegam, to wciąga i jest niebezpieczne.
Napisy przypadkowe,fragment też, chciałam krótki, a w sieci głównie krążą całe odcinki.
A jak ktoś woli muzycznie to piosenka z dramy:
A jak ktoś woli muzycznie to piosenka z dramy:
Kolejny wpis będzie po powrocie z Hiszpanii. Mam nadzieję.
sobota, 13 czerwca 2015
czerwcowo
Lucjan przeżył swoje pierwsze rozstania z mamą, był 3 dni na zielonej szkole. Pierwsze koty za płoty.
Zdecydowaliśmy się też wreszcie wyjechać na wakacje, z tym, że chłopaki mnie przegłosowały i lecimy do Hiszpanii.
Tymczasem jednak zbliża się koniec roku, moc zawodów, próba zdania na żółty pas przez Lu.
A ja sobie powolutku coś tam tłumaczę, ogarniam dom, trochę ogród. W przycinaniu krzewów mam pomocników.
Ale o tym niech opowiedzą zdjęcia.
Zdecydowaliśmy się też wreszcie wyjechać na wakacje, z tym, że chłopaki mnie przegłosowały i lecimy do Hiszpanii.
Tymczasem jednak zbliża się koniec roku, moc zawodów, próba zdania na żółty pas przez Lu.
A ja sobie powolutku coś tam tłumaczę, ogarniam dom, trochę ogród. W przycinaniu krzewów mam pomocników.
Ale o tym niech opowiedzą zdjęcia.
wtorek, 5 maja 2015
takie tam...
Od paru dni
zaczęłam planować wakacje, wyjazd gdzieś gdzie jest morze, plaże i inne widoki
niż te, które znam. Przeglądam oferty, czytam blogi, znowu przeglądam.
Hiszpania, Grecja. I mam mętlik w głowie. I wiem jeszcze mnie niż wiedziałam
zanim pomysł powstał w głowie.
Po
przeglądnięciu miliona ofert, blogów stwierdziłam, że koniecznie chcę polecieć
na grecką wyspę Zakynthos. Po telefonie do przyjaciółki już nie wiem czy ja
serio chcę Grecję.
Oczywiście
ja najchętniej poleciałabym na Cypr, (ale turecki), albo do Turcji. Tylko, że
moje chłopaki marzą o Grecji lub Hiszpanii.
Biuro, czy
samodzielnie? Z wyżywieniem czy bez? Większość moich przyjaciół wyjeżdża na
wczasy w czerwcu, ewentualnie w lipcu. A ja to owszem w tym terminie będę mogła
wyjechać jak szanowny małżonek przestanie uczyć studentów. A obecnie zostaje mi
masakra cenowa, czyli sierpień.
Sądziłam, że
mam niewielkie wymagania, ale teraz mam wrażenie, że oczekuję cudów.
Ze dwa lata
temu też marzyłam o wakacjach, stanęło na tym, że pojechaliśmy z mężem na 3 dni
w Tatry. Tym razem chciałabym zrealizować marzenie. Wracam, więc do męczenia
wyszukiwarki, aż skończy mi się limit na net, co może nastąpić w każdej chwili
(znów zgubiłam hasło i nie mogę sprawdzić ile GB mi zostało do 12 maja).
Majówka
upłynęła mi na goszczeniu przyjaciół Lucjana. Chłopcy jedli i bawili się i znów
jedli, grali i znów jedli i bawili się. Wszystkim wydawało się, że spędzili ze
sobą godzinę jedynie. Co chyba oznacza świetną zabawę?
Zamierzałam
odwiedzić nowe miejsca jedzeniowe Krakowa, ale niestety kumulacja świąt
spowodowała, że 2 maja udało nam się cudem zaparkować pod wielkim sklepem i
oczekując w mega kolejce do kasy nabyć dla Lucjana na zieloną szkołę plecak,
ręcznik i kosmetyki. I trzeba było wracać do domu.
Cóż food
truck z indyjskim oraz drugi z gruzińskim jedzeniem musi poczekać na inny czas.
Spróbowałam jedynie na Wawrzyńca angielskiego specjału fish and chips z mega
cudnym groszkiem z miętą. Właściwie z całości mogłabym zjeść tylko ten groszek
i byłabym w siódmym niebie.
czwartek, 23 kwietnia 2015
23 kwietnia
Przyjaciele wzywają mnie do odpowiedzi. Czemu mnie
wirtualnie nie ma?
Ano nie ma mnie, bo walczę sama ze sobą.
Początkowo sądziłam, że to tylko przesilenie wiosenne. Potem
zaczęłam podejrzewać problemy z tarczycą, albo cukrzycą. W końcu umówiłam się
do psychiatry. Zaczęłam robić badania.
No utknęłam chwilowo w martwym punkcie. Teoretycznie z badań
wynika, że jestem zdrowa jak koń. Wszelkie badania krwi w ramach NFZ nic nie
wykazują. Pozostałych badań nie zdążyłam zrobić, bo w ramach NFZ złapałam
cudowną, mega zjadliwą grypę, którą zaraziłam męża, wykluczając go z wszelkich
funkcji zawodowych, a także Luca, który gorączkuje wysoko już 5 dzień. A ja
sobie w ramach powikłań zafundowałam zapalenie płuc.
Tak. Wiem, że jestem mega śpiąca, że nic mi się nie chce, a
teraz dodatkowo jestem mega zmęczona. Cukrzyca nie, tarczyca nie. Mam jeszcze
parę tropów, ale najwłaściwszy to chyba depresja.
Jakoś sądziłam, że ja z depresją sobie mogę zupełnie sama
poradzić. Co tam, w końcu jak się tyle przeżyło i się jakoś żyje, to znaczy, że
ja dzielna jestem i zaradna.
Jednak postanowiłam, że dam sobie pomóc.
Chwilowo natomiast w malutkich przerwach, kiedy nie śpię,
nie robię jedzenia, nie mierzę Lucjanowi temperatury, nie martwię się, czytam i
oglądamy.
Właśnie zakończyliśmy wspólne czytanie lektury szkolnej,
słynnej „Karolci”. Ile ja się musiałam natłumaczyć, o co chodzi. A już zupełnie
mnie rozbroiło oburzenie Młodego, że taksówka lata. Nie ma latających taksówek.
No dobra a miecze skakania są? A pierścienie, które powodują zmianę gatunku?
Ano okazuje się, że owszem wszelkie fantazje współczesnych
pisarzy Młodzieniec kupuje, w niektóre nawet chwilowo wierzy, albo chce
wierzyć, ale latające auta z lekturze szkolnej są dla niego oburzająco
niewiarygodne.
A miecz skakania pochodzi z najnowszej powieści Brandona
Mulla „ Pięć Królestw: Łupieżcy Niebios”. Nie możemy się doczekać kolejnych
tomów.
Sama dla siebie przeczytałam
„Wędrownego sokoła” opowieść o koczowniczych ludach wędrujących między
Indiami, Pakistanem a Afganistanem. Surowe życie, zwyczaje, ostrość krajobrazu.
Przepiękna, poetycka opowieść. Jedyna książka napisana przez Jamila Ahmada.
Wydał ją w wieku 79 lat. Do tej pory uważany jest za największego
pakistańskiego pisarza tworzącego po angielsku. Polecam książkę gorąco. Jest
doskonała.
Oprócz czytania oglądamy wspólnie. Postanowiłam, że skoro
zaraziłam Młodego grypą to może i zarażę go miłością do indyjskich filmów. „Gwiazdy
na ziemi” spowodowały łzy, wzruszenie i zachwyt nad nauczycielem plastyki. „Żona
dla zuchwałych” ogromnie się dziecięciu spodobała. Trafiony zatopiony.
Wiosnę odkryłam wczoraj podczas kolejnej wizyty u lekarza z
młodym. Podobno idzie ku lepszemu. Nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca.
Tym bardziej, że do kręgu chorych dołączyła teściowa mieszkająca z nami od
roku. I teraz mamy już komplet.
Liczę, że uda mi się wyjść w końcu z domu bez celu. Bez
planu. Bez konieczności, a jedynie dla przyjemności posprzątania ogródka.
Koniecznie muszę przesadzić siewki zielonej pietruszki, bo zaczyna żyć
przedziwnym życiem, wije się i zwisa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)















