Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 6 sierpnia 2015

zbliża się wyjazd

Pierwszy raz w życiu mam pomalowane paznokcie u nóg. Pierwszy raz w życiu kupiłam klapki. Pierwszy raz w życiu jadę do Hiszpanii!
WAKACJE!

poniedziałek, 27 lipca 2015

tytułem usprawiedliwienia?

Moje blogowanie jak widać po ilości wpisów jest marne. Nie jestem typem długodystansowca. Dodatkowo nie piszę jak wydaje mi się, że nie mam nic do powiedzenia, a od dłuższego czasu właśnie chyba tak jest. Nie umiem lać wody, kocham konkrety, ale przecież nie mogę tworzyć jednozdaniowych wpisów.
Miałam potrzebę pisania po śmierci Miśki, ale mam wrażenie, że już wszystko powiedziałam.
Miśka już po odejściu nakierowała moje zainteresowania, tak właśnie myślę, jestem absolutnie przekonana, że to jej ręka w tym, że indyjskie kino, a potem literatura, kultura i w końcu język zajęły w mojej głowie większość miejsca. Zamiast przerabiać po raz setny historię choroby, analizować, co mogłam a czego nie mogłam zrobić, żeby żyła zaczęłam szukać, badać, czytać, oglądać.
Pomogło mi to bez wyrzutów sumienia żyć, funkcjonować, myć zęby bez poczucia winy.
Przez wiele miesięcy po jej odejściu budziłam się z poczuciem winy, osamotnienia, rozpaczy, beznadziei. Miśka wiedziała jak temu zaradzić. Wiedziała, że oderwanie od tego, co było, pasja, pozwolą mi kontynuować pomoc innym rodzicom w podobnej do mojej sytuacji, ale jednocześnie wyciągną mnie z ciemności żałoby.
Obecnie moje życie wewnętrzne, moje myśli, jeśli nie są wypełnione codziennością, mniej lub bardziej fascynującą (raczej mniej niż więcej fascynującą), to płyną w absolutnie fenomenalne rejony azjatyckiej kultury.
Nie czuję się jednak ani specjalistą, ani znawcą tematu na tyle, żeby o tym pisać. Jest cała kopa blogów z recenzjami filmów, książek, pisanych przez ludzi o wielkiej wiedzy, znających dogłębnie temat. O czym więc mogłabym pisać?
To tak tytułem wstępu, czemu mnie tu nie ma regularnie.
Ponieważ jednak informowałam ostatnio, co czytam lub oglądam zdam też teraz krótką wakacyjną relację.
Z czytaniem jest kiepsko. W maju jeszcze pochłonęłam kolejny kryminał Roberta Galbraiht’a „Jedwabnik”, jak zwykle przepadając na dobę prawie, bo to dobrze napisana książka, więc trudno się oderwać.
Kolejna książka Nadeema Aslama „Bezowocne czuwanie” zajęła mi wiele dni i wszystkie myśli. Spotkałam w sieci zachwyty nad nią i słowa ostrej krytyki, że nic się nie dzieje, że jest przegadana. Mnie fascynowała, porwała i zachwyciła. Jej poetyckość, a jednocześnie trudny temat stanowią czytelnicze wyzwanie.
Potem porzuciłam kolejną powieść, „Powrót z Indii”. Próbowałam dzielnie przez ponad 100 stron się przekonać, że warto, że należy czytać. Ale odpuściłam, życie jest zbyt krótkie, a na półkach czekają inne książki.
Z Lucjanem czytam Marka Twaina, ponieważ okazało się, że to strzał w dziesiątkę. Podoba mu się bardzo, ale trzeba wiele wyjaśniać, wielu spraw nie rozumie, więc to nie byłby dobry pomysł na samodzielną lekturę.
Wspólnie też zaczęliśmy oglądać……koreańskie dramy. Którejś nocy nie mógł zasnąć, zapytał czy może pooglądać przez moje ramię to, co ja tam właśnie sobie chcę obejrzeć. Planowałam indyjski film, ale stwierdziłam, że może szybciej zaśnie na serialu. Nie spodziewałam się też, że nadąży czytać napisy. Tymczasem Młodzieniec nie dość, że nie zasnął, to zafascynowany postanowił obejrzeć wszystkie 20 odcinków. Ubaw po pachy, bo też trzeba było wiele tłumaczyć. W dodatku trudność z zapamiętaniem imion bohaterów stwarzał wielkie wyzwania, bo trzeba było się mocno nagłowić, żeby mamie wytłumaczyć, o którego bohatera chodzi.
A oglądamy (tak, po raz drugi, wciągając babcię Izę i opornego tatę): GENTLEMAN’S DIGNITY- komedię romantyczną. Głównymi bohaterami są czterej panowie po czterdziestce, dwóch singli, jeden żonaty i jeden wdowiec. Czterech przyjaciół i ich perypetie miłosne. Nasz ulubieniec Kim Do Jin (gra go Jang Dong-gun) stwarzał najwięcej problemów natury psychologicznej, które musiałam mojemu ośmiolatkowi wyjaśnić. Może i nie jest to film dla dzieci, chociaż: („koreańska telewizja nie może pokazywać wszystkiego, co jej się zamarzy, gdyż na ręce nieustannie patrzy jej Koreańska Komisja do Spraw Standardów Komunikacji oraz Ministerstwa do Spraw Równouprawnienia i Rodziny” cytuję z bloga http://skosneoczy.blogspot.com/ ), ale uważam, że to lepszy wybór niż to co nadają wszelkie nasze kanały telewizyjne dla dzieci. W końcu ja w jego wieku oglądałam i „Janosika” i „Czterech pancernych i psa”, a potem „Czterdziestolatka”, więc czemu nie?
Oczywiście jak to ze mną bywa, natychmiast zapragnęłam wiedzieć o Korei coś jeszcze. A od czego zacząć jak nie od języka i pisma. Dzięki temu dowiedziałam się, że hangul- czyli koreański sylabariusz stworzył król Sejong aby pismo było dostępne dla każdego. Wcześniej do 1446 roku wykorzystywano w Korei pismo chińskie. Sylabariusz koreański jest uważany za jeden z najbardziej naukowych systemów pisma na świecie. Składa się z 10 samogłosek i 14 spółgłosek, które w połączeniu tworzą różne sylaby. Podobno mądry człowiek potrzebuje dnia, a głupek 10 dni, aby poznać to pismo. Nie podejmę wyzwania chyba. Po co się kompromitować?
Jednak koreańskie dramy zamierzam oglądać. Nie ukrywam, że wpadłam jak śliwka w kompot. Zachwyciłam się.
Mała próbka z you tube dla chętnych. Ostrzegam, to wciąga i jest niebezpieczne.
Napisy przypadkowe,fragment też, chciałam krótki, a w sieci głównie krążą całe odcinki.
A jak ktoś woli muzycznie to piosenka z dramy:

Kolejny wpis będzie po powrocie z Hiszpanii. Mam nadzieję.




sobota, 13 czerwca 2015

czerwcowo

Lucjan przeżył swoje pierwsze rozstania z mamą, był 3 dni na zielonej szkole. Pierwsze koty za płoty.
Zdecydowaliśmy się też wreszcie wyjechać na wakacje, z tym, że chłopaki mnie przegłosowały i lecimy do Hiszpanii.
Tymczasem jednak zbliża się koniec roku, moc zawodów, próba zdania na żółty pas przez Lu.
A ja sobie powolutku coś tam tłumaczę, ogarniam dom, trochę ogród. W przycinaniu krzewów mam pomocników.
Ale o tym niech opowiedzą zdjęcia.









wtorek, 5 maja 2015

takie tam...

Od paru dni zaczęłam planować wakacje, wyjazd gdzieś gdzie jest morze, plaże i inne widoki niż te, które znam. Przeglądam oferty, czytam blogi, znowu przeglądam. Hiszpania, Grecja. I mam mętlik w głowie. I wiem jeszcze mnie niż wiedziałam zanim pomysł powstał w głowie.
Po przeglądnięciu miliona ofert, blogów stwierdziłam, że koniecznie chcę polecieć na grecką wyspę Zakynthos. Po telefonie do przyjaciółki już nie wiem czy ja serio chcę Grecję.
Oczywiście ja najchętniej poleciałabym na Cypr, (ale turecki), albo do Turcji. Tylko, że moje chłopaki marzą o Grecji lub Hiszpanii.
Biuro, czy samodzielnie? Z wyżywieniem czy bez? Większość moich przyjaciół wyjeżdża na wczasy w czerwcu, ewentualnie w lipcu. A ja to owszem w tym terminie będę mogła wyjechać jak szanowny małżonek przestanie uczyć studentów. A obecnie zostaje mi masakra cenowa, czyli sierpień.
Sądziłam, że mam niewielkie wymagania, ale teraz mam wrażenie, że oczekuję cudów.
Ze dwa lata temu też marzyłam o wakacjach, stanęło na tym, że pojechaliśmy z mężem na 3 dni w Tatry. Tym razem chciałabym zrealizować marzenie. Wracam, więc do męczenia wyszukiwarki, aż skończy mi się limit na net, co może nastąpić w każdej chwili (znów zgubiłam hasło i nie mogę sprawdzić ile GB mi zostało do 12 maja).
Majówka upłynęła mi na goszczeniu przyjaciół Lucjana. Chłopcy jedli i bawili się i znów jedli, grali i znów jedli i bawili się. Wszystkim wydawało się, że spędzili ze sobą godzinę jedynie. Co chyba oznacza świetną zabawę?
Zamierzałam odwiedzić nowe miejsca jedzeniowe Krakowa, ale niestety kumulacja świąt spowodowała, że 2 maja udało nam się cudem zaparkować pod wielkim sklepem i oczekując w mega kolejce do kasy nabyć dla Lucjana na zieloną szkołę plecak, ręcznik i kosmetyki. I trzeba było wracać do domu.

Cóż food truck z indyjskim oraz drugi z gruzińskim jedzeniem musi poczekać na inny czas. Spróbowałam jedynie na Wawrzyńca angielskiego specjału fish and chips z mega cudnym groszkiem z miętą. Właściwie z całości mogłabym zjeść tylko ten groszek i byłabym w siódmym niebie.

czwartek, 23 kwietnia 2015

23 kwietnia

Przyjaciele wzywają mnie do odpowiedzi. Czemu mnie wirtualnie nie ma?
Ano nie ma mnie, bo walczę sama ze sobą.
Początkowo sądziłam, że to tylko przesilenie wiosenne. Potem zaczęłam podejrzewać problemy z tarczycą, albo cukrzycą. W końcu umówiłam się do psychiatry. Zaczęłam robić badania.
No utknęłam chwilowo w martwym punkcie. Teoretycznie z badań wynika, że jestem zdrowa jak koń. Wszelkie badania krwi w ramach NFZ nic nie wykazują. Pozostałych badań nie zdążyłam zrobić, bo w ramach NFZ złapałam cudowną, mega zjadliwą grypę, którą zaraziłam męża, wykluczając go z wszelkich funkcji zawodowych, a także Luca, który gorączkuje wysoko już 5 dzień. A ja sobie w ramach powikłań zafundowałam zapalenie płuc.
Tak. Wiem, że jestem mega śpiąca, że nic mi się nie chce, a teraz dodatkowo jestem mega zmęczona. Cukrzyca nie, tarczyca nie. Mam jeszcze parę tropów, ale najwłaściwszy to chyba depresja.
Jakoś sądziłam, że ja z depresją sobie mogę zupełnie sama poradzić. Co tam, w końcu jak się tyle przeżyło i się jakoś żyje, to znaczy, że ja dzielna jestem i zaradna.
Jednak postanowiłam, że dam sobie pomóc.
Chwilowo natomiast w malutkich przerwach, kiedy nie śpię, nie robię jedzenia, nie mierzę Lucjanowi temperatury, nie martwię się, czytam i oglądamy.
Właśnie zakończyliśmy wspólne czytanie lektury szkolnej, słynnej „Karolci”. Ile ja się musiałam natłumaczyć, o co chodzi. A już zupełnie mnie rozbroiło oburzenie Młodego, że taksówka lata. Nie ma latających taksówek. No dobra a miecze skakania są? A pierścienie, które powodują zmianę gatunku?
Ano okazuje się, że owszem wszelkie fantazje współczesnych pisarzy Młodzieniec kupuje, w niektóre nawet chwilowo wierzy, albo chce wierzyć, ale latające auta z lekturze szkolnej są dla niego oburzająco niewiarygodne.
A miecz skakania pochodzi z najnowszej powieści Brandona Mulla „ Pięć Królestw: Łupieżcy Niebios”. Nie możemy się doczekać kolejnych tomów.
Sama dla siebie przeczytałam  „Wędrownego sokoła” opowieść o koczowniczych ludach wędrujących między Indiami, Pakistanem a Afganistanem. Surowe życie, zwyczaje, ostrość krajobrazu. Przepiękna, poetycka opowieść. Jedyna książka napisana przez Jamila Ahmada. Wydał ją w wieku 79 lat. Do tej pory uważany jest za największego pakistańskiego pisarza tworzącego po angielsku. Polecam książkę gorąco. Jest doskonała.
Oprócz czytania oglądamy wspólnie. Postanowiłam, że skoro zaraziłam Młodego grypą to może i zarażę go miłością do indyjskich filmów. „Gwiazdy na ziemi” spowodowały łzy, wzruszenie i zachwyt nad nauczycielem plastyki. „Żona dla zuchwałych” ogromnie się dziecięciu spodobała. Trafiony zatopiony.
Wiosnę odkryłam wczoraj podczas kolejnej wizyty u lekarza z młodym. Podobno idzie ku lepszemu. Nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca. Tym bardziej, że do kręgu chorych dołączyła teściowa mieszkająca z nami od roku. I teraz mamy już komplet.

Liczę, że uda mi się wyjść w końcu z domu bez celu. Bez planu. Bez konieczności, a jedynie dla przyjemności posprzątania ogródka. Koniecznie muszę przesadzić siewki zielonej pietruszki, bo zaczyna żyć przedziwnym życiem, wije się i zwisa.

poniedziałek, 16 marca 2015

o rany zbliżają się święta

Ja nie wiem jak to jest, że czas pędzi jak szalony. Od poniedziałku marzę o sobocie, a tu znów poniedziałek.
 Firma taksówkowa odwieź- przywieź-poczekaj na dziecko działa cały tydzień, bez zwolnień lekarskich, punktualnie i rewelacyjnie.
 Firma ma na szczęście wielką torbę do której mieści wszelakie notatki z hindi, więc uczy się w każdej wolnej chwili i niezależnie od warunków lokalowych. W domu bywając gościnnie firma usiłuje uczynić wiosenne porządki, ciągle jednak ginie pod bieżącym bałaganem.
Założenia były proste, po jednej szafce, półeczce dziennie i powinno się do świąt zrobić. No jakoś nie wygląda to tak różowo. Głównie z powodu problemów z kolanem, które odmawia wszelkich prac na kucająco.
A tu dodatkowo dotarła informacja, że czas na szkolny kiermasz. Firma zwlekła więc materiały plastyczne, które zostały z masowej produkcji w 2014, otwierając sezon „pisanki 2015”.
Dodatkowo w durnej głowie złaknionej szczęścia, powstał pomysł na stworzenie 1000 żurawi orgiami, żeby ten tysięczny przyniósł szczęście.
Młodzieniec podjął temat i tworzy. Mnie opadły skrzydła po informacji od moich rodzicieli, że żuraw powinien ciągnięty za ogon ruszać skrzydłami. Nasze nie ruszają. Mąż wyprodukował dla mnie dwa żurawie ruszające skrzydłami, ale przy okazji zniszczył parę kartek papieru i nie zostawił instrukcji krok po kroku. A bez jego cierpliwości to ja tych ruszających nawet nie tykam. Tym razem okazało się, że przerosła mnie nawet instrukcja z ukochanego bloga i mój pierwszy żuraw przypominał krokodyla.
Kolejny problem to co zrobimy z tymi 999 żurawiami? Nie wiem.

A tak oto wyglądają nasze prace:



Ostanie zdjęcie jest dziełem natury, która uporczywie informuje, że wiosna czeka za drzwiami.

niedziela, 8 marca 2015

czytelniczy luty.

Luty okazał się kiepskim miesiącem czytelniczym. Obawiam się, że musimy sporo pracy włożyć, aby dotrzymać przyrzeczeń czytelniczych na ten rok.
Niestety ferie zimowe, przygotowania Lucjana do dwóch olimpiad i czas nam przeciekł przez palce.
Udało mi się przeczytać: Arundhati Roy „Indie rozdarte”. Ta książka dała mi wiele do myślenia. Arundhati Roy opowiada o Indiach, o problemach wykorzystywania dóbr naturalnych, wysiedlaniu ludności z miejsc bogatych w zasoby naturalne, o rabunkowej gospodarce, prowadzącej do degradacji środowiska.  Trzy mocne teksty.
Anuradha Roy „Pod dachem świata”- bardzo dobra powieść. Akcja książki toczy się w małym, odciętym od świata miasteczku Ranikhet u podnóża Himalajów. Maya próbuje się pozbierać po życiowej tragedii (w górach, podczas wyprawy zginął jej mąż). Uczy w szkole, prowadzi przetwórnię owoców i warzyw, pomaga przepisywać wspomnienia Diwana Sahiba. Emocje, uczucia, moc przyrody, wszystko to jest tak pełne życia, że porywa czytelnika, nie pozwala przejść obojętnie. Polecam.
Amitav Ghosh „Chromosom z Kalkuty”- to kryminał, opowieść przedziwna, zagmatwana, nie do końca jasna. Czytało się dobrze, ale szczerze mówiąc zupełnie zapomniałam, że to czytałam i przypomniał mi ot tym wpis do kalendarza.
Skończyłam również ostatni już tom „Młodego samuraja. Krąg nieba”. I przyznam, że ogromnie się z tego cieszę. Lucjan chyba też zmęczył się okrucieństwem samurajów. Męczyliśmy tę książkę cały miesiąc.
Młodzieniec niestety nie ukończył czytać swojej książki. Podjął się samodzielnego przeczytania ostatniej książki Ricka Riordana „Greccy bogowie według Percy’ego Jacksona”, to ponad 400 stron, zostało mu jeszcze 100 stron. Bawimy się setnie przy tej lekturze, może nawet bardziej ja niż Lucjan.
W czasie ferii planowaliśmy aktywnie spędzić czas. Niestety na samym początku uległo kontuzji moje kolano, które do dzisiejszego dnia nie jest do końca sprawne. I tym samym mocno ograniczyliśmy wyjścia.

Jednak ostatniego dnia ferii zabrałam Lucjana na upragnione warsztaty sushi. Były to warsztaty z dodatkowymi atrakcjami, między innymi odwiedził restaurację Tao Rafał Sonik, który opowiadał dzieciakom o rajdzie Paryż-Dakhar, pozwolił im dotknąć pucharu, rozdał autografy. A zwijanie sushi okazało się ogromnie fascynującym zajęciem. I Młody zapowiada, że zamierza uczestniczyć w kolejnych tego typu kulinarnych wyzwaniach.