Łączna liczba wyświetleń

sobota, 13 czerwca 2015

czerwcowo

Lucjan przeżył swoje pierwsze rozstania z mamą, był 3 dni na zielonej szkole. Pierwsze koty za płoty.
Zdecydowaliśmy się też wreszcie wyjechać na wakacje, z tym, że chłopaki mnie przegłosowały i lecimy do Hiszpanii.
Tymczasem jednak zbliża się koniec roku, moc zawodów, próba zdania na żółty pas przez Lu.
A ja sobie powolutku coś tam tłumaczę, ogarniam dom, trochę ogród. W przycinaniu krzewów mam pomocników.
Ale o tym niech opowiedzą zdjęcia.









wtorek, 5 maja 2015

takie tam...

Od paru dni zaczęłam planować wakacje, wyjazd gdzieś gdzie jest morze, plaże i inne widoki niż te, które znam. Przeglądam oferty, czytam blogi, znowu przeglądam. Hiszpania, Grecja. I mam mętlik w głowie. I wiem jeszcze mnie niż wiedziałam zanim pomysł powstał w głowie.
Po przeglądnięciu miliona ofert, blogów stwierdziłam, że koniecznie chcę polecieć na grecką wyspę Zakynthos. Po telefonie do przyjaciółki już nie wiem czy ja serio chcę Grecję.
Oczywiście ja najchętniej poleciałabym na Cypr, (ale turecki), albo do Turcji. Tylko, że moje chłopaki marzą o Grecji lub Hiszpanii.
Biuro, czy samodzielnie? Z wyżywieniem czy bez? Większość moich przyjaciół wyjeżdża na wczasy w czerwcu, ewentualnie w lipcu. A ja to owszem w tym terminie będę mogła wyjechać jak szanowny małżonek przestanie uczyć studentów. A obecnie zostaje mi masakra cenowa, czyli sierpień.
Sądziłam, że mam niewielkie wymagania, ale teraz mam wrażenie, że oczekuję cudów.
Ze dwa lata temu też marzyłam o wakacjach, stanęło na tym, że pojechaliśmy z mężem na 3 dni w Tatry. Tym razem chciałabym zrealizować marzenie. Wracam, więc do męczenia wyszukiwarki, aż skończy mi się limit na net, co może nastąpić w każdej chwili (znów zgubiłam hasło i nie mogę sprawdzić ile GB mi zostało do 12 maja).
Majówka upłynęła mi na goszczeniu przyjaciół Lucjana. Chłopcy jedli i bawili się i znów jedli, grali i znów jedli i bawili się. Wszystkim wydawało się, że spędzili ze sobą godzinę jedynie. Co chyba oznacza świetną zabawę?
Zamierzałam odwiedzić nowe miejsca jedzeniowe Krakowa, ale niestety kumulacja świąt spowodowała, że 2 maja udało nam się cudem zaparkować pod wielkim sklepem i oczekując w mega kolejce do kasy nabyć dla Lucjana na zieloną szkołę plecak, ręcznik i kosmetyki. I trzeba było wracać do domu.

Cóż food truck z indyjskim oraz drugi z gruzińskim jedzeniem musi poczekać na inny czas. Spróbowałam jedynie na Wawrzyńca angielskiego specjału fish and chips z mega cudnym groszkiem z miętą. Właściwie z całości mogłabym zjeść tylko ten groszek i byłabym w siódmym niebie.

czwartek, 23 kwietnia 2015

23 kwietnia

Przyjaciele wzywają mnie do odpowiedzi. Czemu mnie wirtualnie nie ma?
Ano nie ma mnie, bo walczę sama ze sobą.
Początkowo sądziłam, że to tylko przesilenie wiosenne. Potem zaczęłam podejrzewać problemy z tarczycą, albo cukrzycą. W końcu umówiłam się do psychiatry. Zaczęłam robić badania.
No utknęłam chwilowo w martwym punkcie. Teoretycznie z badań wynika, że jestem zdrowa jak koń. Wszelkie badania krwi w ramach NFZ nic nie wykazują. Pozostałych badań nie zdążyłam zrobić, bo w ramach NFZ złapałam cudowną, mega zjadliwą grypę, którą zaraziłam męża, wykluczając go z wszelkich funkcji zawodowych, a także Luca, który gorączkuje wysoko już 5 dzień. A ja sobie w ramach powikłań zafundowałam zapalenie płuc.
Tak. Wiem, że jestem mega śpiąca, że nic mi się nie chce, a teraz dodatkowo jestem mega zmęczona. Cukrzyca nie, tarczyca nie. Mam jeszcze parę tropów, ale najwłaściwszy to chyba depresja.
Jakoś sądziłam, że ja z depresją sobie mogę zupełnie sama poradzić. Co tam, w końcu jak się tyle przeżyło i się jakoś żyje, to znaczy, że ja dzielna jestem i zaradna.
Jednak postanowiłam, że dam sobie pomóc.
Chwilowo natomiast w malutkich przerwach, kiedy nie śpię, nie robię jedzenia, nie mierzę Lucjanowi temperatury, nie martwię się, czytam i oglądamy.
Właśnie zakończyliśmy wspólne czytanie lektury szkolnej, słynnej „Karolci”. Ile ja się musiałam natłumaczyć, o co chodzi. A już zupełnie mnie rozbroiło oburzenie Młodego, że taksówka lata. Nie ma latających taksówek. No dobra a miecze skakania są? A pierścienie, które powodują zmianę gatunku?
Ano okazuje się, że owszem wszelkie fantazje współczesnych pisarzy Młodzieniec kupuje, w niektóre nawet chwilowo wierzy, albo chce wierzyć, ale latające auta z lekturze szkolnej są dla niego oburzająco niewiarygodne.
A miecz skakania pochodzi z najnowszej powieści Brandona Mulla „ Pięć Królestw: Łupieżcy Niebios”. Nie możemy się doczekać kolejnych tomów.
Sama dla siebie przeczytałam  „Wędrownego sokoła” opowieść o koczowniczych ludach wędrujących między Indiami, Pakistanem a Afganistanem. Surowe życie, zwyczaje, ostrość krajobrazu. Przepiękna, poetycka opowieść. Jedyna książka napisana przez Jamila Ahmada. Wydał ją w wieku 79 lat. Do tej pory uważany jest za największego pakistańskiego pisarza tworzącego po angielsku. Polecam książkę gorąco. Jest doskonała.
Oprócz czytania oglądamy wspólnie. Postanowiłam, że skoro zaraziłam Młodego grypą to może i zarażę go miłością do indyjskich filmów. „Gwiazdy na ziemi” spowodowały łzy, wzruszenie i zachwyt nad nauczycielem plastyki. „Żona dla zuchwałych” ogromnie się dziecięciu spodobała. Trafiony zatopiony.
Wiosnę odkryłam wczoraj podczas kolejnej wizyty u lekarza z młodym. Podobno idzie ku lepszemu. Nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca. Tym bardziej, że do kręgu chorych dołączyła teściowa mieszkająca z nami od roku. I teraz mamy już komplet.

Liczę, że uda mi się wyjść w końcu z domu bez celu. Bez planu. Bez konieczności, a jedynie dla przyjemności posprzątania ogródka. Koniecznie muszę przesadzić siewki zielonej pietruszki, bo zaczyna żyć przedziwnym życiem, wije się i zwisa.

poniedziałek, 16 marca 2015

o rany zbliżają się święta

Ja nie wiem jak to jest, że czas pędzi jak szalony. Od poniedziałku marzę o sobocie, a tu znów poniedziałek.
 Firma taksówkowa odwieź- przywieź-poczekaj na dziecko działa cały tydzień, bez zwolnień lekarskich, punktualnie i rewelacyjnie.
 Firma ma na szczęście wielką torbę do której mieści wszelakie notatki z hindi, więc uczy się w każdej wolnej chwili i niezależnie od warunków lokalowych. W domu bywając gościnnie firma usiłuje uczynić wiosenne porządki, ciągle jednak ginie pod bieżącym bałaganem.
Założenia były proste, po jednej szafce, półeczce dziennie i powinno się do świąt zrobić. No jakoś nie wygląda to tak różowo. Głównie z powodu problemów z kolanem, które odmawia wszelkich prac na kucająco.
A tu dodatkowo dotarła informacja, że czas na szkolny kiermasz. Firma zwlekła więc materiały plastyczne, które zostały z masowej produkcji w 2014, otwierając sezon „pisanki 2015”.
Dodatkowo w durnej głowie złaknionej szczęścia, powstał pomysł na stworzenie 1000 żurawi orgiami, żeby ten tysięczny przyniósł szczęście.
Młodzieniec podjął temat i tworzy. Mnie opadły skrzydła po informacji od moich rodzicieli, że żuraw powinien ciągnięty za ogon ruszać skrzydłami. Nasze nie ruszają. Mąż wyprodukował dla mnie dwa żurawie ruszające skrzydłami, ale przy okazji zniszczył parę kartek papieru i nie zostawił instrukcji krok po kroku. A bez jego cierpliwości to ja tych ruszających nawet nie tykam. Tym razem okazało się, że przerosła mnie nawet instrukcja z ukochanego bloga i mój pierwszy żuraw przypominał krokodyla.
Kolejny problem to co zrobimy z tymi 999 żurawiami? Nie wiem.

A tak oto wyglądają nasze prace:



Ostanie zdjęcie jest dziełem natury, która uporczywie informuje, że wiosna czeka za drzwiami.

niedziela, 8 marca 2015

czytelniczy luty.

Luty okazał się kiepskim miesiącem czytelniczym. Obawiam się, że musimy sporo pracy włożyć, aby dotrzymać przyrzeczeń czytelniczych na ten rok.
Niestety ferie zimowe, przygotowania Lucjana do dwóch olimpiad i czas nam przeciekł przez palce.
Udało mi się przeczytać: Arundhati Roy „Indie rozdarte”. Ta książka dała mi wiele do myślenia. Arundhati Roy opowiada o Indiach, o problemach wykorzystywania dóbr naturalnych, wysiedlaniu ludności z miejsc bogatych w zasoby naturalne, o rabunkowej gospodarce, prowadzącej do degradacji środowiska.  Trzy mocne teksty.
Anuradha Roy „Pod dachem świata”- bardzo dobra powieść. Akcja książki toczy się w małym, odciętym od świata miasteczku Ranikhet u podnóża Himalajów. Maya próbuje się pozbierać po życiowej tragedii (w górach, podczas wyprawy zginął jej mąż). Uczy w szkole, prowadzi przetwórnię owoców i warzyw, pomaga przepisywać wspomnienia Diwana Sahiba. Emocje, uczucia, moc przyrody, wszystko to jest tak pełne życia, że porywa czytelnika, nie pozwala przejść obojętnie. Polecam.
Amitav Ghosh „Chromosom z Kalkuty”- to kryminał, opowieść przedziwna, zagmatwana, nie do końca jasna. Czytało się dobrze, ale szczerze mówiąc zupełnie zapomniałam, że to czytałam i przypomniał mi ot tym wpis do kalendarza.
Skończyłam również ostatni już tom „Młodego samuraja. Krąg nieba”. I przyznam, że ogromnie się z tego cieszę. Lucjan chyba też zmęczył się okrucieństwem samurajów. Męczyliśmy tę książkę cały miesiąc.
Młodzieniec niestety nie ukończył czytać swojej książki. Podjął się samodzielnego przeczytania ostatniej książki Ricka Riordana „Greccy bogowie według Percy’ego Jacksona”, to ponad 400 stron, zostało mu jeszcze 100 stron. Bawimy się setnie przy tej lekturze, może nawet bardziej ja niż Lucjan.
W czasie ferii planowaliśmy aktywnie spędzić czas. Niestety na samym początku uległo kontuzji moje kolano, które do dzisiejszego dnia nie jest do końca sprawne. I tym samym mocno ograniczyliśmy wyjścia.

Jednak ostatniego dnia ferii zabrałam Lucjana na upragnione warsztaty sushi. Były to warsztaty z dodatkowymi atrakcjami, między innymi odwiedził restaurację Tao Rafał Sonik, który opowiadał dzieciakom o rajdzie Paryż-Dakhar, pozwolił im dotknąć pucharu, rozdał autografy. A zwijanie sushi okazało się ogromnie fascynującym zajęciem. I Młody zapowiada, że zamierza uczestniczyć w kolejnych tego typu kulinarnych wyzwaniach.



sobota, 31 stycznia 2015

podsumowanie czytelniczego stycznia

Kończy się miesiąc. Postanowiłam w tym roku przeczytać 52 książki. I konsekwentnie czytam.
Miesiąc styczeń upłynął mi z pakistańskimi pisarzami. Pierwsza przeczytana książka to „Wybuchowe mango” Mohammeda Hanifa. Hanif urodził się w Okarze w Pakistanie w 1965 roku, jest absolwentem prestiżowej Akademii Pakistańskich Sił Powietrznych, zawodowym pilotem. W 1996 wyjechał do Londynu i został dziennikarzem. „Wybuchowe mango” jest jego debiutem.
Pełna czarnego humoru opowieść o kulisach politycznych przewrotów, opowieść o wydarzeniach związanych z katastrofą lotniczą w której zginął generał Muhammad Zia Ul-Hak. Co tak naprawdę się wydarzyło, dlaczego zginął generał? Nie jest to jednak w żadnym razie próba rekonstrukcji wydarzeń. Raczej satyryczne spojrzenie na samego generała, na Pakistan pod jego rządami. Pozostaniemy właściwie w kręgu wojskowych, których autor bezlitośnie odziera z mitu doskonałości.
 To rewelacyjna, trzymająca w napięciu powieść.
Kolejny pisarz, urodzony w USA w pierwszym pokoleniu pakistański Amerykanin. Autor scenariuszy, Ayad Akhtar. Jego powieść „Amerykański derwisz” również jest debiutem.
To historia młodzieńczego gniewu, fascynacji piękną kobietą i Koranem. Hayat na kartach powieści dojrzewa, usiłuje odnaleźć się we własnej kulturze, w świecie. Poszukuje. Mamy możliwość znaleźć różne oblicza islamu. W dobie „jedynej, słusznej prawdy medialnej o islamie” ta książka to wstęp do dyskusji, przemyśleń i własnych poszukiwań.
Moshin Hamid- „Jak ćma do płomienia”- historia Daru Shezada, jego romansu z żoną najlepszego przyjaciela, narkotykowych wizji i powolnego upadku. Jak tytułowa ćma, bohater krąży wokół zbliżającego się płomienia- katastrofy. Przedziwna opowieść. Hamid stosuje niezmiernie ciekawą narrację. Wciąga absolutnie czytelnika w świat swojej wizji.
Nadeem Aslam- „Mapy dla zagubionych kochanków” to opowieść, która albo znudzi, albo zafascynuje. Poetycka, barwna, pełna różnych punktów widzenia. Zjawiskowa książka. Opowiada o pewnym małym miasteczku w Anglii, o dzielnicy pakistańskich emigrantów, gdzie dochodzi do zaginięcia pary kochanków. Czy zostali zamordowani w imię honoru? Jaki jest islam? Co siedzi w głowach mężczyzn, kobiet z tej dzielnicy. Gdzie prowadzi plotka? Pełna metafor, bajecznie barwna opowieść, nie toczy się, ale snuje. Mnie zachwyciła, ale też przyznaję odrobinę zmęczyła. Powodem było jednak przesycenie problemami islamu, emigrantów. Zbyt duża dawka mocnych książek jak na jeden miesiąc. Tym razem będę dbała o różnorodność tematyczną, chociaż podejrzewam, że 2015 pozostanie rokiem związanym z Azją, przynajmniej jeśli chodzi o moje własne lektury.
Młodzieńcowi skończyłam czytać kolejną część „Młodego samuraja”- „Krąg wiatru”- tym razem bardzo krwawa opowieść o piratach z morza Seto. Jack Fletcher jest niezwykłym, cudownym młodzieńcem, który zawsze wychodzi cało z opresji. Szlachetny, dobry, musi i chce walczyć ze złem. Nieco naiwna opowieść, ale dość barwnie oddaje zwyczaje japońskie, pozwala Młodemu wczuć się w losy bohatera.
Lucjan zakończył ostatnią książkę Nesbo „Doktor Proktor i napad na bank”. Smutno było się rozstać z Bulkiem. Czekamy na kolejne części, mamy nadzieję, że powstaną.
Przeczytał również swój  pierwszy komiks- „Złodziej Pioruna”. Miał okazję porównać komiks do wcześniej poznanej książki i filmu.
Jednym słowem Lucek zgodnie z postanowieniem - 12 książek w 2015, ma już za sobą dwie lektury, zaczął czytać trzecią. I nie są to wcale lektury szkolne.
Nadal nie obejrzałam nic bengalskiego.
Porwałam się natomiast na oglądanie bez napisów filmu hindi. Po paru dniach jak już udało mi się tego dokonać (2,5 godziny filmu w 20 godzin) okazało się, że w sieci są napisy. Porównałam i stwierdziłam, że źle nie jest. Ale dobrze też nie. Zbyt dużo czasu musiałam poświęcić.



środa, 7 stycznia 2015

zapisane w biegu

- synku, jak tak będziesz robił, zostaniesz kiedyś sam jak palec
- oszalałaś? przecież palce są zawsze razem, patrz: jeden, dwa, trzy, cztery, pięć. Widzisz! Razem są. Chyba chciałaś powiedzieć, zostaniesz sam jak wdów, czy jak się to tam odmienia.....