Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 4 stycznia 2015

2015 rok- początek

Nowy Rok. I mam w domu ośmiolatka. Tym razem urodziny Młodzieńca rozłożyłam na 3 dni. I dzięki temu Młodzieniec ma 3 dni szczęścia.
Impreza za imprezą. Każda udana. No może z wyjątkiem tortu, który niestety smakowo okazał się klapą. Cóż, doświadczenie paroletnie uczy mnie, aby „dwa razy nie wchodzić do tej samej rzeki”, to znaczy nigdy nie zamawiać tortu w tym samym miejscu, mimo, że pierwsze zamówienie okazało się strzałem w dziesiątkę. Niestety co drugi rok tort okazuje się totalną pomyłką.
A od poniedziałku powrót do rzeczywistości. Już troszkę marzę o tym. Jak zwykle nie udało mi się wyspać, odpocząć, poleżeć z książką tyle ile bym chciała.
Skończyłam Terzaniego. Jeszcze tylko ostatnia książka z 2014, niecałe 100 stron i zaczynam podchodzić do akcji 52 książki w 2015.
Lucjan zastanawia się nad własną akcją: 12 książek w ciągu roku- akcja dla 8-latków. Sądzę, że jest to założenie minimalne, bo w same święta zaczął i zakończył lekturę szkolną czytając oczywiście wieczorami nadal 4 część Nesbo, ale Lu twierdzi, że ksiażka która ma mniej niż 100 stron, się nie liczy w tej akcji, no i nie liczą się szkolne lektury.
Nic nie obejrzałam. Parę filmów zaczęłam, ale nie skończyłam. Początek roku należy odczarować i zabrać się za robotę. Z wiarą i nadzieją, że się uda.


środa, 31 grudnia 2014

Przełom 2014/2105

Życzę Wam Wszystkim aby Nowy Rok okazał się twórczy, ciekawy, dobry i pełen wiary we własne możliwości.
A dzisiejszy wieczór niech każdy spędzi jak lubi, a nie jak wypada. Tym co chcą przetańczyć cała noc niech  towarzyszy dobra muzyka i kondycja, Tym, którzy wolą posiedzieć z książką niech towarzyszy dobre światło i ciepło, niech nie zabraknie Wam niczego do szczęścia i zadowolenia.
Nie dokończyłam niestety zaczętych w 2014 roku książek i już tego nie zdążę zrobić. Udało mi się skończyć jedynie jedną z 3 rozpoczętych, Yasmin Alibhai - Brown „Kuchnia osadników. O miłości, wędrówkach i jedzeniu” wydawnictwa Czarne. To ostatnio jedno z moich ulubionych wydawnictw.
A książka uświadomiła mi jak wiele jeszcze nie wiem, jak wiele jest do poznania, zobaczenia, ugotowania, przemyślenia.
To wspaniała opowieść o losach indyjskiej diaspory w Afryce, pełna wspomnień autorki, która opisuje swoje życie w Ugandzie, a potem w Wielkiej Brytanii. Dzieje jej i jej bliskich to historia pełna zawirowań, trudnych momentów, terroru, niepewności, pogardy, szukania korzeni. A wszystko poprzetykane przepisami kulinarnymi. Część z nich nadaje się do wypróbowania, do wielu nie znajdziemy niestety u nas składników. Te zachęcają do podróży.
Dla mnie to głównie skomplikowana opowieść o zmierzchu brytyjskiego kolonializmu, o emigracji i problemach ze znalezieniem własnego miejsca w tym jakże okrutnym świecie.
Nie jest to lektura lekka, łatwa i przyjemna, jak sądziłam kupując ją. Ale nie żałuję. I mogę polecić.
Tiziano Terzani „Powiedział mi wróżbita” ta lektura towarzyszy mi najdłużej. I wcale nie jest tak, że ja ją chcę skończyć. Czytam, wracam, uczę się pewnych fragmentów na pamięć, przepisuję, rozmyślam, znów wracam. Terzani to mój ulubiony autor, ulubiony dziennikarz, a raczej wędrowiec, pielgrzym, człowiek o wielkim umyśle i wspaniałym sercu. Mój Guru.
No i utknęłam na 462 stronie „Cesarza wszech chorób”. Tego też nie da się przeczytać szybko, mimo, że książka jest wciągająca.
Lucjan ukończył w tym roku samodzielnie oprócz lektur szkolnych trójpak Nesbo dla dzieci i czyta jego czwartą książkę obecnie. A ja skończyłam czytać mu serię o olimpijskich herosach, a obecnie czytamy 5 część przygód Jacka Fletchera, młodego samuraja.
Przed nami 2015 i pełna półka książek czekających na wspólne i samodzielne czytanie. Mam nadzieję, że do targów książki uda się nam pozbyć zapasów i wygłodniali wyruszymy na łowy.
Zamierzam też podjąć wyzwanie w tym roku i przeczytać w wakacje coś w hindi. Może dokończę książkę, której jeden rozdział tłumaczyłam w te wakacje.
Sobie życzę aby więcej rzeczy udało mi się zrobić, a mniej pozostawało w sferze marzeń czy planów. Depresjo idź precz, uleć wraz z szampańskimi bąbelkami.
W tę noc przełomową będzie mi tylko żal, że jeszcze nie ma na DVD nowego filmu z SRK. Ale też pociesza mnie myśl, że 2015 przyniesie mi płytę w darze.
A nowy rok niesie też nadzieję na nowe tytuły, nowe doznania.
I tego się będę trzymała.
Ps. Postanawiam wreszcie zacząć oglądać filmy bengalskie. Wstyd mi, że nie zrobiłam tego przez cały 2014 rok. 



sobota, 27 grudnia 2014

Bez sensu

Życzeń Świątecznych nie złożyłam, zaniedbałam bloga, zaniedbałam ogród, ogólnie tego czego nie zrobiłam, co zaniedbałam mogłabym mnożyć w nieskończoność. Między innymi dlatego mnie tu nie ma, bo ile można narzekać na…samego siebie. Wystarczy, że każdego wieczoru robiąc podsumowanie dnia, stwierdzam, że nic nie było dobrze, a postanowienie, że jutro będzie lepiej odpływa w siną dal jak tylko budzi się dzisiaj.
Od końca stycznia mamy w domu mamę R. która złamała bark. I plany, rozkład dnia musiał ulec zmianie. Pewno dla dobrze zorganizowanej gospodyni domowej nie był by to żaden problem i nadal piekłaby ciasta, robiła przyjęcia dla 60 osób, dostarczała piątkę dzieci na zajęcia pozalekcyjne w międzyczasie pracując na etacie, chodząc na fitness, do kosmetyczki, fryzjerki, remontując dom, kosząc regularnie trawę, odwiedzając przyjaciół, utrzymując żywe kontakty z dalszymi i bliższymi członkami rodziny, czytając po 7 powieści na tydzień, w tym 5 z nich w  różnych językach.
No a ja nie ogarnęłam. Niczego nie ogarnęłam. Zwłaszcza siebie nie ogarnęłam. Otoczyłam się murem smutku, depresji i bałaganu. W życiu, w domu, w ogrodzie, w głowie. Próbowałam czytać, uczyć się, sprzątać, ale w fazie prób pozostałam.
Moja rodzina podsumowała, że były fajne święta. Skupiłam się tak mocno, że je gdzieś przegapiłam.
Nie wiem czy jest sens, abym to miejsce utrzymywała. Obiecywałam sobie i Wam, że nastąpi poprawa. Poprawy brak. Notoryczny recydywista ze mnie. Skrucha jest, ale nie zmienia to faktu, że nie umiem się podnieść.
Potrzebuję. Tak ciągle sądzę, że czegoś potrzebuję. Przestrzeni, wyjazdu, kasy, odpoczynku, czasu. Potem robię sobie wyrzuty, że nic mi przecież nie potrzeba, że z tym co mam można góry przenosić, tylko trzeba nie być leniem. A ja jestem.
Mam zrywy. Krótkie, intensywne, ale nic nie wnoszące. W starym roku jeszcze postanowiłam skończyć czytać 3 książki zaczęte już nawet nie pamiętam kiedy. Owszem, czytam każdego dnia Młodemu. I tu lista jest długa. Teraz zresztą to i on czyta mnie. O sobie jednak zupełnie zapomniałam.

I nie usprawiedliwia mnie nic. 

niedziela, 16 listopada 2014

Brak internetu

Od miesiąca ciągle nie mam internetu, to znaczy czasem mam a zazwyczaj nie mam. Szczerze mówiąc przy ilości obowiązków zaczyna mnie to denerwować i bywają dni, kiedy nie odpalam komputera, żeby nie pogłebiać depresji jesiennej.
A oto pierwsze efekty nie posiadania netu:


sobota, 18 października 2014

9 lat

9 lat, już dawno nie płakałam na cmentarzu. Sądziłam, że już nie umiem.
Tęsknię. Skuliłam się w ciszy.

niedziela, 5 października 2014

październik

Dużo się dzieje. Dużo się dzieje w mojej głowie. Dużo w niej sprzeciwów, złości, rozczarowań. Buntuję się, rezygnuję, macham ręką, robię swoje. Mam wrażenie, że przykładam się do złego. Daję pozwolenie. Unikam konfrontacji. Nie zamierzam być Don Kichotem. Nie umiem. Nie chcę.
Na każdym kroku tak mam. Zdrowa żywność, autokary bez pasów, obowiązkowy różaniec, obowiązkowa wycieczka…..
Mam ochotę uciec, zaszyć się gdzieś w Tybecie, poznać własną tożsamość.
Nie muszę mieć, nie muszę chcieć, nie muszę…muszę. Nie wiem.
Październik. Trudny miesiąc. Miesza się radość ze zbliżającej się 15 rocznicy ślubu i smutek z powodu 9 rocznicy śmierci Misi. Obie daty dzieli zaledwie parę dni.
Diwali, masa zajęć dodatkowych, targi książki. Październik nie pozwala mi się skupić na sobie, na swoich uczuciach. Każe mi po kolei wypełniać zadania.
Na rozdrożu. Między pamięcią o ludziach, którzy nam pomagali, pomagają, o ludziach, którzy o nas pamiętają. I w zderzeniu z ludźmi, którzy z racji urzędu powinni nas wspierać, a obijamy się o nich, traktują nas jak powietrze, wydali wyrok, ocenili.
Ukrywam się pod stosem gramatyki hindi, zapadam się w ciepłej kołdrze i koję myśli z Tiziano Terzanim. Odrabiam lekcje. Pokazuję świat, odgarniając grubą warstwę fałszu i reklamowego brokatu. Próbuję być, a nie mieć. Upadam.
Stoję zaskoczona przed bezwzględną logiką własnego prawie ośmiolatka.
Czerpię radość oglądając moich ukochanych hero. Aby stanąć przed kolejnym dniem.


środa, 3 września 2014

początek roku i cukinia na szybko.

Jak to zwykle bywa z początkiem września nie ogarniam. Szkoła do 12: 15,albo lepiej do 11: 25, Młody robiący awantury nad zadaniem, odganianie go od komputera, gonienie do łóżka wieczorem, milion spraw na raz, przypominanie sobie przez babcię, że wczoraj się skończyło coś, co jest niezbędnie potrzebne.
 I tym razem zaskoczyła mnie pogoda. Było ciepło, upalnie, krótkie spodnie, podkoszulki a tu nagle trzeba prać na akord, bo mało ciuchów jesiennych.
No i jak zwykle dopada mnie bunt, szkoła jest …
Na jutro mamo potrzebuję!
 Pani powiedziała, że mamy 3 lekcje!
 Ale w planie jest 5, to w końcu jak to jest? No mają, 3 ale z panią, potem angielski i religia. Doszłam do tego czytając plan. Ale Młody drąży. Może 3 razem z angielskim i religią? Może to, a może tamto. I ja mam na końcu języka, co sądzę o jego pani…..
W pośpiechu szykuję drugie danie. Obieram mega wielką cukinię, kroję ją w kostkę, powiedzmy większą niż powinnam i bardzo nierówną.
 Leję oliwę na woka, wrzucam cukinię, prosto ze słoika sypię suszone pomidory ze szczypiorkiem i sól. Telefon.
 Odbieram.
Nie, odprowadzę Małą do domu, bo tornister dzisiaj ciężki. Już się ubieramy.
Zdążę przypalić cukinię. Nie, nie przypali się jak dodam ocet balsamiczny.
Szlak, zapomniałam, że on się leje a nie cieknie. Przykrywam patelnię pokrywką i wychodzę.
Wracam. Kwaśna. Dodaję dwie łyżeczki ksylitolu i sól. Mieszam. Za słodka. Rozpaczliwie patrzę na półkę z przyprawami.
Hyderabadi biryani masala, asafetyda. Tak to jest jakiś pomysł. Sypię. Już z wyczuciem, masali tak z dwie łyżeczki, asafetydy łyżeczkę. Duszę, tyle ile gotują się ziemniaki.

Wyszła cukinia wykwintna. Pyszna. Opuszcza mnie ciśnienie, że szybko, że coś trzeba. Tylko ból głowy, ten jesienny, migrenowy nie pójdzie sobie sam. A już liczyłam na idealny wieczór.