Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 11 września 2012

moje notki o filmach obejrzanych na przełomie sierpnia i września

Ostatnio zaczęłam robić krótkie notatki dotyczące filmów, które oglądam. Robię je głównie dla siebie, żeby móc sobie przypomnieć czy widziałam jakiś film, bo zaczynam mieć z tym problem.Nigdy nie pamiętałam tytułów, o autorach już nie wspomnę. Zmieniło się to znacznie od chwili kiedy interesuję się indyjskim kinem, ale przy ilości tytułów oglądanych w ciągu roku jednak łapię się na tym, że nie pamiętam wszystkich nazwisk, tytułów.Tym razem notkę wstawiam na bloga, bo wszystkie tytuły o których piszę są warte uwagi.Pominęłam filmy, które mnie zmęczyły, albo te o których dość szybko zapomniałam.
PARINEETA przypomniała mi Devdasa, szczególnie z powodu równie irytującego, bezwolnego, gnuśnego głównego bohatera- Shekhara. No cóż, w końcu oba filmy są adaptacją utworów literackich Saratchandry Chattopadhyaya. Saif zagrał wyśmienicie. Pokazał ogromną miłość bohatera, ale wzbudzał złość swoją uległością wobec ojca i rozmemłaniem. Szczególnie zapadła mi w pamięć scena fortepianowa- genialna. Ta mieszanka złości i miłości, zawodu. Chociaż przyznam, że bardziej sekundowałam Girishowi (Sanjay Dutt ), od pierwszej sceny z wymianą korków zaskarbił sobie moją sympatię.
 Piękne zdjęcia Kalkuty, ładna muzyka i prześliczna Vidya- jednym słowem warto ten film zobaczyć.
DEEWAAR- porządne męskie kino akcji. Pełne brutalnych scen i patosu. Garstka zapomnianych przez rząd i armię indyjskich żołnierzy od lat jest maltretowana w pakistańskim więzieniu. Major, którego gra A. Bachchan trzyma swoich żołnierzy przy życiu, nie zaprzestaje też prób ucieczki. W Indiach nikt nie wierzy, że oni żyją, nikt prócz rodzin. Syn majora po otrzymaniu listu z Pakistanu postanawia na własną rękę uwolnić ojca.
Big B- szlachetny, doskonały dowódca. Rola skrojona dla niego.
 KK Menon- sadystyczny oprawca, zimny, smutny, zgorzkniały i nieziemsko przystojny.
 Sanjay- kradnie wszystkim ten film. Jedyna wielowymiarowa postać, niby anty hero, ubrany na czarno, używa zbyt wiele kohlu, zbyt wiele alkoholu. Cwaniak, twierdzi, że za kasę zrobi wszystko. Jednak w głębi serca jest patriotą. Pełnokrwista postać, pełna życia, emocji.
 Akshaya Khanna- był dla mnie mało wiarygodny, (chociaż biorąc pod uwagę jego słowa na początku filmu: „być może jestem słaby, ale chcę pokonać swoje największe lęki” to jednak wiarygodny jest, bo miałam wrażenie przez cały film, że on się boi, trochę jak chłopiec, który założył się, że wejdzie do ciemnej piwnicy i honor mu nie pozwala nawiać).
 Film się dobrze ogląda, nie przepadam za taką tematyką, ale warto było się przełamać. Przełamywałam się zresztą ze względu na Dutta, bo robię sobie właśnie festiwal jego filmów. Jakoś tak do tej pory mi umykał, chociaż nie twierdzę, że go nie zauważałam w filmach. Były to jednak epizody, a teraz wybieram główne role, albo, chociaż znaczniejsze.
 INDYJSKIE FILMY Z MOTYWEM NIEULECZALNEJ CHOROBY.
„Aashayein”, „ KHNH”, „180”, „Chakram”, „Four friends”, „Dasvidanya” i „Oy!” ( bazuje na temacie z “Love story”).
Każdy z tych filmów podobał mi się bardzo, wzbudzał przemyślenia no i emocje. Podobieństwa w przedstawionych problemach:
 - bohater chce spełnić swoje marzenia, zaznać radości.
 - nie chce krzywdzić swoich bliskich- nie powiadamia ich o chorobie, ucieka przed nimi.
 - bliscy chcą mu jednak towarzyszyć
 - wizja hospicjum, jako pięknego miejsca, otoczenie ogrodów, zieleni, ładne, chociaż skromne wnętrza. Idealna opieka. Wspólne zrozumienie między pacjentami, mimo różnorodności, złości i prób radzenia sobie z własną chorobą.
 - bank marzeń.
 - właściwie w każdym z filmów radość niesie dawanie jej innym, chory również może kogoś wspierać. Próbuję sobie przypomnieć czy widziałam w innej kinematografii podobny obraz hospicjum i stwierdzam, że chyba jednak nie. Nasza kultura spycha usilnie śmierć do ciemnego kąta, to temat niewygodny. Hospicjum zawsze źle się kojarzy, przecież nawet, gdy stoimy przed koniecznością pomocy hospicyjnej bronimy się przed tym. Tymczasem ta wizja indyjska opieki hospicyjnej jest niesamowita. Jest to marzenie oczywiście, ale w marzeniach przecież można sięgać gwiazd.
 Kolejne filmy, które obejrzałam to komedie, ciepłe, miłe i bardzo sympatyczne. A przy okazji dydaktyczne. MUNNABHAI M.B.B.S. Murli- don, który zajmuje się wymuszeniami, okupami, jak przystało na indyjskiego syna ma tylko jedną słabość, a mianowicie miłość do rodziców i pragnienie, aby sprostać ich oczekiwaniom. Dlatego też w momencie, gdy otrzymuje telegram, że rodzice przyjeżdżają jego banda zamienia siedzibę przestępców w szpital. Murli oszukuje bowiem od lat swojego ojca, że jest lekarzem. W ten sposób chce uszczęśliwić rodziców, spełniając ich ogromne marzenie. Tym razem jednak sprawy się komplikują, prawda wychodzi na jaw a don za wszelką cenę pragnie się zrehabilitować.
W filmie jest dużo różnych wątków, miłosny, gangsterski, społeczny.
 Jest to film o miłości- zarówno rodziców do dzieci jak i dzieci do rodziców, ale też o miłości do drugiego człowieka, o tym, że tak niewiele potrzeba, aby ktoś czuł się doceniony. Czasem wystarczy magiczny uścisk, jedno słowo, aby komuś odmienić życie. Jest to też film o tym, że lekarz nie powinien traktować pacjenta jak obiekt, jednostkę chorobową, warto zauważyć w pacjencie- człowieka. Bezlitośnie pokazane są procedury wypełniania papierków, formularzy w szpitalach. Nie tylko w Indiach tak przecież jest. Wszystko to jednak oglądamy w lekko zanurzonej w oparach absurdu komedii. Sanjay z twarzą smutnego spaniela i sercem siostry miłosierdzia wraz ze swoim na czarno ubranym przyjacielem bandytą są zabawni, sympatyczni a kiedy trzeba odrobinę groźni. Bardzo dobrze się bawiłam i polecam każdemu te komedie. Warto jeszcze dodać, że w roli ojca Murliego wystąpił prawdziwy ojciec Sanjaya Dutta Sunil Dutt.
 LAGE RAHO MUNNABHAI To kolejna błyskotliwa komedia z przesłaniem Rajkumara Hiraniego , jest to sequel „ Munnabhai M.B.B.S.” chociaż jest to zupełnie odrębna opowieść i trudno mówić o kontynuacji wątku. Mamy znów dwóch przyjaciół gangsterów Munnę i Cirkuta. Pracują dla Lucky Singha. Munna jest zakochany w Jhanvi i codziennie rano nad brzegiem morza słucha audycji radiowej, żeby przeżywać, jak ukochana mówi: „good morning, Mumbai”. Pewnego dnia Munna staje przed szansą spotkania ukochanej, trzeba tylko wygrać radiowy konkurs o Gandhim. Oczywiście gangsterzy załatwiają to porywając profesorów historii. I znów sprawy się komplikują. Gangster, który przedstawił się prezenterce, jako profesor zostaje zaproszony do niej do domu gdzie ma wygłosić wykład o Gandhim. Wykład dla staruszków, których porzuciły ich własne dzieci. Jedynym sposobem, aby się nie skompromitować jest….. wizyta w bibliotece. Munna spędza 3 doby czytając książki, aż w końcu objawia mu się Gandhi. Będzie mu towarzyszył i pomagał pokojowo rozwiązywać problemy.
 Znów w zabawnych sytuacjach, śmiejąc się do łez poznajemy ideę pokojowego protestu, poznajemy Gandhiego, zostają też pokazane kwestie społeczne, jak problem dziewcząt uznanych za magliki, czyli źle urodzone. Takim dziewczynom trudno jest wyjść za mąż, bo istnieje przesąd, że mogę sprowadzić na swojego męża nieszczęście. Poznajemy też problem porzucanych rodziców: „wychowałem czterech synów w jednym pokoju. Dzisiaj mają cztery domy. Ale żadnego pokoju dla mnie”. W Indiach film wzbudził ogromne emocje, podobał się i pozostawił ślad. Nastąpił wzrost wypożyczeni i sprzedaży książek o Mahatmie, Nehru, a także Nelsonie Mandeli i Lincolnie. Sadzono drzewka w czynie społecznym. Zamiast jajek i pomidorów do protestów używano kwiatów. Więzień Laxman Tikaram Gole pod wpływem filmu przyznał się do winy, aby nie przedłużać procesu.
 Przyznam, że i ja sięgnęłam po książki o Gandhim, które czekały na półkach na wolny czas.
 Bardzo żałuję, że nikt w Polsce nie podjął próby wypuszczenia tych dwóch filmów na nasz rynek. Szczególnie, że wydano tyle marnych filmów, kierując się jakimś dziwnym wyborem.

czwartek, 6 września 2012

wpis po miesiącu- kronikarsko i raczej o niczym

Nie ma mnie. Nie istnieję. O czym mam pisać? Ludzie mają cel, maja pracę. Pracują, płacą podatki, są użyteczni, nawet, jeśli oddają całą pensję opiekunce to utrzymują jakiegoś emeryta w tym kraju, polityków i innych. Moja praca to ustawiczne ścieranie blatu, mycie podłogi, pranie, prasowanie i…może naleśniczka syneczku. No właśnie, prasowanie. Niedawno jeszcze nie istniało w moim słowniku. Nie prasuję, bo to nie ekologiczne. Już prasuję, bo skoro pracujący prasują to, dlaczego ja mam tego nie robić? Prasuję. Wtapiam się w otoczenie. Barwy nie zmieniam, bo NIE PRACUJĘ ZAWODOWO. Czyli nie robię nic. Pozostaję, więc bezbarwna. Taki wpis tkwił w wordzie od tygodnia. No i sobie jest. Mniej lub bardziej adekwatny do mojego nastroju. Ogarniam rzeczywistość po wakacyjną. Młody przyzwyczaja się do nowego przedszkola. Nie jest źle. Twierdzi, że oba przedszkola są w porządku. W każdym jest jakiś łobuz i w każdym są fajne dzieci. Na szczęście okazało się, że panie dają się lubić, jedzenie da się znieść, (chociaż doskwiera mu brak drugiego, czytaj trzeciego śniadania, bo przecież zawsze w domu zjada pierwsze). Czeka na zajęcia dodatkowe, w tym roku chce chodzić nadal na basen, dodatkowo na szachy i zastanawia się nad tańcem. Niestety pani od pianina skutecznie zabiła w nim chęć grania. Smutne. A ja czekam na decyzję czy w tym roku będzie hindi i bardzo się boję, że może się okazać, że nie będzie. Pozostaną mi wtedy lekcje domowe i internetowe. Jednak należę do osób, które potrzebują kursu, grupy do mobilizacji i systematyczności. Trudno będzie uczyć się tylko w domu.

sobota, 4 sierpnia 2012

Plaża

Jechaliśmy dziś na plażę do Dębek z Lucjanem. Troszke wolno i ostrożnie, bo mój prawy palec u nogi nadal jest mega spuchnięty i boli, ale daliśmy radę. A w drodze jak zwykle prowadziliśmy ożywioną dyskusję: - mamo to napewno jest droga na Dębki? - tak synku - o mamo widzę już miasteczko plażowe, teraz zaparkujemy i pójdziemy taką drogą co można sobie wbić w nogę różne rzeczy a na brzegach tej drogi jest pełno śmieci i jak już zobaczymy, że śmieci są prawie pod nogami to będzie znaczyło, że plaża blisko. A te śmieci są dlatego, że ludzie mają urlop a takie niesienie puszki po piwie do kosza to też praca, co nie mamo???? Okazało się jednak, że droga jest wybrukowana, stoją nowe ławki z nowymi napisami po łacinie, śmieci też mniej.Zobaczymy co dalej. Lucjan zaczął wakacje,ja wracam za chwilę do domu, powoli odcinamy pepowinę. Misia zostanie z Młodym i będzie się nim opiekować,jak mawia Lu - Miśka jest zawsze z nim.

środa, 25 lipca 2012

wakacyjne lektury

Pochłonęłam kolejną książkę. Tym razem to "Rico, Oskar i złamanie serca" Andreasa Steinhofela.Rico zaprzyjaźnia się z Oskarem, razem też przyjdzie im się zmagać z kolejną aferą kryminalną. Książkę czyta się bajecznie szybko i trudno się oderwać.Jest świetna. Uwielbiam głównie słowniczek narratora. Oto kilka przykładów:
SZOK- kiedy jest się tak wzburzonym, że ciało i mózg ograniczają najważniejsze funkcje życiowe, żeby dojść do siebie, np. po wypadku samochodowym albo kiedy się zauważy, że lodówka jest pusta i wszystkie sklepy już zamknęli, nawet te otwarte do północy.
SZAMPAN-drogi napój z wyciśniętych winogron. Winogrona można też suszyć, wtedy robią się małe i pomarszczone i jako rodzynki lądują w "mieszance studenckiej" albo po namoczeniu w serniku. Nie ma ucieczki dla winogron. To prawdopodobnie najczęściej ścigany owoc świata.
Polecam książeczkę do zakupu do domowej biblioteczki. Chętnie po nią sięgnie dziecko, nastolatek, rodzic i dziadkowie. Ja już się nie mogę doczekać kolejnej części przygód chłopca i jego przyjaciela. A teraz wracam do lektury "Syna cyrku", trochę mi to czytanie nie idzie. Może nie lubię angielskiej literatury?

środa, 18 lipca 2012

kronikarskie sprawozdanie

W poniedziałek nastąpił czas generalnego mycia podłóg, już nie było odwoływania i przekładania, tym bardziej, że mój optymizm życiowy, czyli mąż zapowiedział powrót z wojaży na wtorkowy wieczór. W pewnym momencie zapętliłam się logistycznie i musiałam zasiąść na tarasie na dłuższą chwilę potrzebną powierzchniom płaskim do wyschnięcia. Tylko, co robić jak leje jak z cebra? Oczywiście czytać. Złapałam z półki drugi tom „Baśnioboru”. Podłogi wyschły na pieprz, potem ogarnęłam resztę, zbagatelizowałam sprawę obiadu, w końcu podobno w przedszkolu Młody jeść dostaje. Budzik pozwolił mi odebrać syna na czas. Skończyłam czytać o 2 w nocy i gdybym tylko wiedziała, że jest jakaś księgarnia czynna o tej porze byłam gotowa wyruszyć po tom trzeci. Sama sobie zmyłam głowę, że nie kupiłam jeszcze trzeciego tomu. Jak go dopadnę znów zniknę na parę godzin z rzeczywistości. Uwielbiam takie książki. W tym tygodniu udało mi się również obejrzeć sporo filmów. Znów oczywiście tylko tollywood, ponieważ najlepiej oddaje mój nastrój i pozwala mi odpocząć. Oczywiście przez wzgląd na język na liście znalazły się dwa filmy w hindi. Niedzielę przeznaczyłam na rozrywki dla syna. Nie było jednak łatwo zdecydować się co robimy. Młodzian najchętniej spędziłby czas u sąsiadki. Odmówił kina, podobno już „nigdy” nie pójdzie do multipleksu, bo tam go wystraszyli. Fakt, byli z tatą na „Epoce lodowcowej 4” i przed filmem puszczono krótki filmik Simpsonów, którego Lu panicznie się wystraszył. Zrezygnował, więc z multipleksu i poszliśmy do kina Agrafka na śliczny film o książkach „ Sekret Eleonory”. Jakże inny od kina akcji, które zagościło też w filmach dla dzieci. Film z przesłaniem. Podobało się i mnie i Lucjanowi. Agrafka ma też dwie cudowne zalety oprócz świetnych filmów w repertuarze: cena biletu nie zwala z nóg i nie ma reklam. Po filmie spędziliśmy długą chwilę w kolejce po lody sycylijskie, chociaż jakoś nie czuję ich wyjątkowości. Lucjan postanowił też po raz kolejny zobaczyć proces produkcji karmelków. Jak zwykle wyszedł zachwycony. A dziś wrócił jego tata i okazuje się, że przez ostatni tydzień Młodzieniec się nudził, tata jest najlepszy do zabawy i mogę sobie zrobić wolne. A jutro to lepiej, żebym miała długo zajęcia, bo panowie są stęsknieni za sobą. No i dobrze, bo postanowiłam poeksperymentować i wreszcie zrobić samodzielnie dosę. Muszę też przygotować się do jesiennego pieczenia chleba. Nadal szukam warsztatów w małopolsce. Mamy namiary na Bieszczady, ale może uda się coś bliżej.

sobota, 14 lipca 2012

co ja tutaj robię?

Ostatnie dni są moją totalną klapą. Ogólnie nic mi się nie udaje, cokolwiek wezmę w swoje łapy schrzanię. Zaczęło się tydzień temu od sernika, który był popisowym deserem w naszym domu. Wyszedł niezły, ale nie niebiański, bo nie dałam do niego masła. Potem wykipiała mi z termomixa zupa ze świeżego ogórka znacząc ślady na ścianach, przypaliłam moją ceramiczną patelnię. Nie mam pomysłu, co ugotować na obiad, jak wybieram się załatwić coś do Krakowa to mogę być pewna, że zastanę kartkę z napisem: przerwa urlopowa. Mam ochotę schować się pod kołdrę i przespać tydzień. Co ja tutaj robię? Jedyne sukcesy mam od dzisiaj, udało mi się zlikwidować plamy z paneli, które niczym nie schodziły. Zeszły pastą z wody i sody. Plamy z ubrań też zlazły przy pomocy sody i podobno niepiorących orzechów. Może one i niepiorące, ale okazały się skuteczniejsze od baterii niemieckich proszków do prania. Tylko czy to można nazwać sucesem? Wczoraj nie udało mi się zapisać do biblioteki w małym miasteczku. Okazało się, że tajemnicą poliszynela są godziny jej otwarcia. Co innego na stronie i wywieszce a inna rzeczywistość. Początkowo miałam trudność w znalezieniu biblioteki, 30 osób zapytanych w miasteczku nie miała pojęcia, że w ogóle takowa jest w ich mieście. I może nie dziwiłby mnie ten fakt, bo podobno jesteśmy nieczytającym społeczeństwem, ale jak ma się do tego wymiana książek, jaką dokonuję, co tydzień z sąsiadami? Ludzie chcą czytać i czytają. Oczywiście jak dojechałam do Krakowa, okazało się, że na otwarcie mojej starej osiedlowej biblioteki muszę poczekać godzinę. Ponieważ miałam spore ciśnienie, żeby w domu towarzyszyły mi, co najmniej dwie nowe książki postanowiłam sprawdzić jak dają jeść w barze momo na Dietla. Wywieszka przed barem wtapia się w szarość ulicy, która uważam, za jedną z obskurniejszych w mieście. Wnętrze też takie sobie, może nawet lepsze niż nazwa bar mogłaby wskazywać. Ale karta i jedzenie imponujące. Piękne sałatki, kuszące ilością kolorów. Dosa z ziemniakami a do tego sos orzechowo-czekoladowy, pierożki tybetańskie, zupy, lassi bananowe i słone, herbata indyjska, pilaw i jeszcze parę innych dań. Jadłam dosę, bo tej jeszcze nie odważyłam się zrobić sama w domu- pycha. Sałatki też świetne, chociaż jak na moje kubki smakowe mało wyraziste. Lassi słone z kuminem przyprażonym i zmielonym, troszkę zbyt wodniste, ale trudno o dobry jogurt, który gęsty będzie z powodu tłustości mleka a nie polepszaczy, mąki kukurydzianej czy innych dziwnych dodatków. Wolę, więc wodnisty, ale nieutuczony. Zapomniałam o ciastach, też można zjeść coś słodkiego i przy okazji zdrowego. Polecam, sama zachęcona smakiem dosy spróbuję ją zrobić w domu. I koniecznie też z ziemniakami, tylko oczywiście zrobię je na ostro.

piątek, 6 lipca 2012

pędzący czas

Niby leniwie czas płynie w upale, ale chyba mój oszalał.Ciągle mi go brakuje.Usiłuję się uczyć, przeżyłam imprezę na 25 osób, moja lodówka mało nie pękła. Wszystko się udało z wyjątkiem wyglądu serników, ale te mają to do siebie, że jak nie muszą to są piękne, a ja powinny reprezentować się ładnie to pękają i jest ogólna klapa. Obejrzałam chyba z 10 filmów, ostatnio wróciłam do bollywood ze względu na język i okazało się, że jednak dużo się przez ten rok nauczyłam. W ogrodzie mam pare poziomek, tymianek, szczypiorek i miętę, na tarasie dumnie pręży się bazylia i pietruszka, róże kwitną, georginie dziś pokazały kwiatki,zielone badyle pomidorów rosną.Parę dni temu wsadziłam do ziemi nasiona kolendry prosto z Indii i widzę, że kiełkuje.A ja szykuję się na jesienne sadzenie. Wczoraj odwiedziłam swoje stare miejsce zamieszania i ....nic mnie z nim nie łączy. Nie tęsknię, nie mam ciśnienia, czekałam na powrót do domu. Kocham moją wieś. Jeszcze tylko chętnie załapałabym się na jakieś warsztaty pieczenia chleba w piecu chlebowym, ale jak się nie uda to cóż, trochę wypieków spalę, może w końcu się uda. Chwilowo ze względu na oszalałe temperatury nawet zupy mi się nie chce ugotować. Ale zawsze można zrobić chłodnik.